punkcja

Telefon z laboratorium

Siedzieliśmy jak na szpilkach, gdy wreszcie zadzwonił telefon. Fałszywy alarm – mama. Spławiłam ją ekspresowo, tłumacząc, że czekam na TEN telefon – zrozumiała 🙂

Przechodząc do sedna – z sześciu zapłodnionych komórek po pierwszej dobie powstało pięć zarodków. Oczywiście daleko im do stadium blastocysty, ale wynik w porównaniu do podejścia nr 1 napawa optymizmem. Dojrzałych oocytów było ostatecznie 14, więc osiem zdecydowaliśmy się zamrozić.

Transfer w środę. Czuję się, jak balon, z którego zeszło powietrze. Ulga. Teraz mogę czytać książki filozoficzne 🙂

A tak w ogóle – wczoraj spędziliśmy miły wieczór. Obejrzeliśmy coś wtuleni w siebie, rozmawialiśmy. Było ciepło i intymnie. I tak chcę zapamiętać ten dzień – dzień, który być może będziemy wspominać, jako ten, w którym powstało życie.

Nie możemy się już doczekać. M. mówi o tym, że okres ciąży zmieni wszystko. Staram się mu przypomnieć, że najwięcej zmieni jednak poród. Tymczasem droga długa jest.

Skaczę trochę po wątkach, ale jestem rozemocjonowana. Śniła mi się dziś Babcia. Miałam świadomość, że nie żyje i trochę mnie jej obecność w domu rodzinnym zaskoczyła, ale rzuciłam się jej w ramiona i powiedziałam, że bardzo ją kocham. Miły to był sen i taki pokrzepiający.

I mam nieodparte wrażenie, że albo moja podświadomość płata mi figla, albo doczekałam się swojego anioła stróża, który zjawia się we śnie, gdy dzieje się u nas coś ważnego.

M. – skorpion, racjonalista i facet w jednym oczywiście nie rozumie moich przemyśleń i zrzuca sny na podświadomość, z której istnieniem również ciężko mu się pogodzić.

Reklamy

Dzień punkcji

Już po. Jestem w domu, leżę, pan I. grzeje mi stopy.

Dwadzieścia dwie komórki. Dużo, nie? I co z tego, skoro tylko sześć będzie zapładnianych? I co z tego, skoro ostatnio przy podobnej ilości zostały nam tylko dwa zarodki? Staram się nie nakręcać, ale łatwe to nie jest.

Klinika jak zawsze – wzorowo. M. trochę narzekał na lesbijskie filmy, ale ostatecznie udało mu się przełączyć na wersję z hydraulikiem. Każdemu wedle potrzeb 🙂

Samym zabiegiem przejmowałam się dużo mniej. Rozluźnienie przynosiła w dużej mierze świadomość tego, co mnie czeka, ale też sympatyczna obsługa, np. Pan anestezjolog: „Dzień dobry. Jestem anestezjologiem i będę panią ogłuszał.”, a już przy wypisie doktor Z.: „Zasłużyła pani na to zwolnienie”. Stres został rozładowany.

W aptece zostawiliśmy dziś 950 zł – więcej niż dotychczas, ale i tak dzięki refundacji udało nam się wydać na stymulację dużo mniej niż zakładaliśmy.

Co więcej? Wzięłam sobie do serca Wasze komentarze. I próbuję myśleć pozytywnie (a raczej nie myśleć w ogóle). Wszystko, co mogę zrobić, to przyjmować leki, stosować dietę lekkostrawną, dużo pić i leżeć. Więcej ode mnie nie zależy.

Dlatego naciągnęłam już okulary na nos, przejrzałam kilka ofert hoteli w Pradze (bo wczoraj były bardzo fajne ceny w Polskim Busie i udało mi się kupić bilety za 77 zł), a za chwilę będę czytać „Ostatnie rozdanie” Myśliwskiego.

Odnośnie samopoczucia – trochę mi niedobrze, brzuch nie boli (po Ketonalu). Będę żyć.

Duże te kulki

Melduję, że przeżyłam dzisiejsze USG. Doktorek zabawny, jak zawsze: „Duże pani te kulki urosły”. No duże – z zaciśniętymi zębami ciężko cokolwiek odpowiedzieć.

Ovitrelle podany. Punkcja w piątek rano. Jutro już odpoczywam.

Z gorszych wiadomości – M. się przeziębił. Myślę tylko o tym, żeby nie zaczął gorączkować, ale na to nie mamy już wpływu.

Szczerze – zeszło z nas trochę ciśnienie. Potrzebowaliśmy już usłyszeć, kiedy będzie zabieg. Wariować będziemy zapewne dopiero jutro.

Dziś na dobranoc może znowu jakiś odmóżdżacz.

Tymczasem cieszę się, że nie zaczynam najbliższego poranka od igły w brzuchu.

10 d.c. – 9 dzień stymulacji

Myślałam, że nie przeżyję dzisiejszego USG. Tak bardzo bolały mnie jajniki, że w zasadzie zarejestrowałam tylko, że pęcherzyków jest dużo. Przez zaciśnięte zęby modliłam się, żeby badanie się skończyło – zanim ucieknę z fotela ginekologicznego, zanim popłyną mi łzy, zanim zemdleję z bólu. Wstałam lekko oszołomiona. Bolała świadomość, że w środę kolejne USG, że będzie jeszcze bardziej boleśnie. Dostałam kolejną dawkę Menopuru i Cetrotide. Widzimy się za dwa dni. Punkcja w piątek albo w sobotę. Nie mogę się doczekać.

I mam takie marzenie  – niech dojrzałych komórek będzie sześć, a z nich niech powstanie sześć zarodków. Chętnie tę szóstkę wychowamy

M. mnie dziś zaskoczył. Powiedział, że kupił sobie coś (co – pozwólcie, że pominę :)) z myślą o tym, że przekaże to kiedyś synowi. Mój feministyczny umysł nie wytrzymał. Zapytałam o córkę. Stwierdził, że córce nie odda. Zestresowany jest – bredzi.

9 d.c. – wreszcie koniec weekendu

Wczorajsza wizyta przebiegła bez większych trudności. Są trzy duże pęcherzyki i kilkanaście małych… Tak, tak – punkcja znowu zapowiada się owocna.

Póki co dostałam jeszcze większą dawkę Menopuru, żeby  dojrzałych pęcherzyków było więcej.

Kolejna wizyta w poniedziałek.

W weekend czułam się fatalnie. Głowa bolała i chciało mi się rzygać. Psychicznie w związku z tym też nie było najlepiej.

W piątek oglądałam zdjęcia z imprez rodzinnych i zdałam sobie sprawę, że ich ostatnio unikam, np. nie pojechałam wczoraj na urodziny ojca. Oficjalna wersja jest taka, że musimy uważać na zdrowie przed punkcją, ale siebie ciężko oszukać – nie mam ochoty spędzać czasu z dziećmi, bawić się  z nimi, śmiać się. Dopiero w piątek to do mnie dotarło. I jestem na siebie wściekła, ale też wściekam się na bliskich za to, że mnie nie rozumieją, że nie chcą o niepłodności ze mną rozmawiać. Bo przecież chodzę, nic mnie nie boli, żyję. I niby nie chcę od nich niczego wymagać, ale to poczucie, że nie traktują niepłodności jak choroby mi przeszkadza. Brak empatii  mi przeszkadza.

M. mówi, że leki pewnie tak na mnie działają. Dziś też płakałam. Jak tylko moja głowa znajdzie wolną przestrzeń, to się rozklejam. Dlatego próbuję się czymś zająć, co udaje się z różnym skutkiem. W sumie cieszę się, że jutro idę do pracy.

W ramach „nie myślę, więc funkcjonuję” pojechaliśmy wczoraj do Ikei. Oczywiście musiałam łazić też po pokojach dziecięcych… O ilości spotkanych kobiet w ciąży nawet nie będę wspominać. Na pocieszenie M. złożył stół do kuchni i powiesiliśmy wreszcie na ścianie zdjęcia z Białogóry.

P.S. Jajniki dają już o sobie znać.