komórki jajowe

Dzień punkcji

Już po. Jestem w domu, leżę, pan I. grzeje mi stopy.

Dwadzieścia dwie komórki. Dużo, nie? I co z tego, skoro tylko sześć będzie zapładnianych? I co z tego, skoro ostatnio przy podobnej ilości zostały nam tylko dwa zarodki? Staram się nie nakręcać, ale łatwe to nie jest.

Klinika jak zawsze – wzorowo. M. trochę narzekał na lesbijskie filmy, ale ostatecznie udało mu się przełączyć na wersję z hydraulikiem. Każdemu wedle potrzeb 🙂

Samym zabiegiem przejmowałam się dużo mniej. Rozluźnienie przynosiła w dużej mierze świadomość tego, co mnie czeka, ale też sympatyczna obsługa, np. Pan anestezjolog: „Dzień dobry. Jestem anestezjologiem i będę panią ogłuszał.”, a już przy wypisie doktor Z.: „Zasłużyła pani na to zwolnienie”. Stres został rozładowany.

W aptece zostawiliśmy dziś 950 zł – więcej niż dotychczas, ale i tak dzięki refundacji udało nam się wydać na stymulację dużo mniej niż zakładaliśmy.

Co więcej? Wzięłam sobie do serca Wasze komentarze. I próbuję myśleć pozytywnie (a raczej nie myśleć w ogóle). Wszystko, co mogę zrobić, to przyjmować leki, stosować dietę lekkostrawną, dużo pić i leżeć. Więcej ode mnie nie zależy.

Dlatego naciągnęłam już okulary na nos, przejrzałam kilka ofert hoteli w Pradze (bo wczoraj były bardzo fajne ceny w Polskim Busie i udało mi się kupić bilety za 77 zł), a za chwilę będę czytać „Ostatnie rozdanie” Myśliwskiego.

Odnośnie samopoczucia – trochę mi niedobrze, brzuch nie boli (po Ketonalu). Będę żyć.

Reklamy

Duże te kulki

Melduję, że przeżyłam dzisiejsze USG. Doktorek zabawny, jak zawsze: „Duże pani te kulki urosły”. No duże – z zaciśniętymi zębami ciężko cokolwiek odpowiedzieć.

Ovitrelle podany. Punkcja w piątek rano. Jutro już odpoczywam.

Z gorszych wiadomości – M. się przeziębił. Myślę tylko o tym, żeby nie zaczął gorączkować, ale na to nie mamy już wpływu.

Szczerze – zeszło z nas trochę ciśnienie. Potrzebowaliśmy już usłyszeć, kiedy będzie zabieg. Wariować będziemy zapewne dopiero jutro.

Dziś na dobranoc może znowu jakiś odmóżdżacz.

Tymczasem cieszę się, że nie zaczynam najbliższego poranka od igły w brzuchu.

10 d.c. – 9 dzień stymulacji

Myślałam, że nie przeżyję dzisiejszego USG. Tak bardzo bolały mnie jajniki, że w zasadzie zarejestrowałam tylko, że pęcherzyków jest dużo. Przez zaciśnięte zęby modliłam się, żeby badanie się skończyło – zanim ucieknę z fotela ginekologicznego, zanim popłyną mi łzy, zanim zemdleję z bólu. Wstałam lekko oszołomiona. Bolała świadomość, że w środę kolejne USG, że będzie jeszcze bardziej boleśnie. Dostałam kolejną dawkę Menopuru i Cetrotide. Widzimy się za dwa dni. Punkcja w piątek albo w sobotę. Nie mogę się doczekać.

I mam takie marzenie  – niech dojrzałych komórek będzie sześć, a z nich niech powstanie sześć zarodków. Chętnie tę szóstkę wychowamy

M. mnie dziś zaskoczył. Powiedział, że kupił sobie coś (co – pozwólcie, że pominę :)) z myślą o tym, że przekaże to kiedyś synowi. Mój feministyczny umysł nie wytrzymał. Zapytałam o córkę. Stwierdził, że córce nie odda. Zestresowany jest – bredzi.

9 d.c. – wreszcie koniec weekendu

Wczorajsza wizyta przebiegła bez większych trudności. Są trzy duże pęcherzyki i kilkanaście małych… Tak, tak – punkcja znowu zapowiada się owocna.

Póki co dostałam jeszcze większą dawkę Menopuru, żeby  dojrzałych pęcherzyków było więcej.

Kolejna wizyta w poniedziałek.

W weekend czułam się fatalnie. Głowa bolała i chciało mi się rzygać. Psychicznie w związku z tym też nie było najlepiej.

W piątek oglądałam zdjęcia z imprez rodzinnych i zdałam sobie sprawę, że ich ostatnio unikam, np. nie pojechałam wczoraj na urodziny ojca. Oficjalna wersja jest taka, że musimy uważać na zdrowie przed punkcją, ale siebie ciężko oszukać – nie mam ochoty spędzać czasu z dziećmi, bawić się  z nimi, śmiać się. Dopiero w piątek to do mnie dotarło. I jestem na siebie wściekła, ale też wściekam się na bliskich za to, że mnie nie rozumieją, że nie chcą o niepłodności ze mną rozmawiać. Bo przecież chodzę, nic mnie nie boli, żyję. I niby nie chcę od nich niczego wymagać, ale to poczucie, że nie traktują niepłodności jak choroby mi przeszkadza. Brak empatii  mi przeszkadza.

M. mówi, że leki pewnie tak na mnie działają. Dziś też płakałam. Jak tylko moja głowa znajdzie wolną przestrzeń, to się rozklejam. Dlatego próbuję się czymś zająć, co udaje się z różnym skutkiem. W sumie cieszę się, że jutro idę do pracy.

W ramach „nie myślę, więc funkcjonuję” pojechaliśmy wczoraj do Ikei. Oczywiście musiałam łazić też po pokojach dziecięcych… O ilości spotkanych kobiet w ciąży nawet nie będę wspominać. Na pocieszenie M. złożył stół do kuchni i powiesiliśmy wreszcie na ścianie zdjęcia z Białogóry.

P.S. Jajniki dają już o sobie znać.

Dzień po punkcji – czekamy

I znowu zaniedbałam pisanie. Jesteśmy po wczorajszej punkcji i po telefonie z przychodni, że rozwijają się 3 zarodki :), więc nie będę w stanie opisać, co się działo przez ostatnie dni w oderwaniu od tych doświadczeń. Spróbuję jakoś uporządkować fakty chronologicznie.

W środę byliśmy u dr Z. Potwierdziła wcześniejsze deklaracje co do odłożenia transferu w czasie z uwagi na ilość pęcherzyków i przypomniała, że powinniśmy zastanowić się do piątku, co zrobimy z nadprogramowymi komórkami jajowymi (w rządowym programie można zapłodnić sześć komórek). W grę wchodziły dwie drogi – zamrażamy komórki lub oddajemy innej niepłodnej parze. Decyzja trudna. Rozmawialiśmy o niej dość długo, ale zdecydowaliśmy ostatecznie podzielić komórki (większość zamrozić, a 2-3 oddać do adopcji) – oczywiście wtedy wszystko jeszcze hipotetycznie.

Na piątek mieliśmy zaplanowaną punkcję. Stresowaliśmy się strasznie, bo można czytać, oglądać, pytać, ale dopóki nie doświadczy się tego na własnej skórze, to w zasadzie nie wie się, czego się spodziewać.

Już w środę dostałam kolejne leki – na uwolnienie pęcherzyków. Niestety z uwagi na ryzyko przestymulowania nie były to standardowe zastrzyki, tylko Diphereline (który podaje się, gdy transferu nie będzie w tym samym cyklu, co punkcja). Oprócz tego Dostinex, ale myślę, że temat leków zasługuje na oddzielny wpis na blogu, więc teraz potraktuję go po macoszemu.

Czwartek – dzień przed punkcją

Dobrze, że poszliśmy do pracy. Nie było czasu myśleć, jak to będzie. Wpadłam też na genialny pomysł, że muszę mieć na zabieg nową piżamę, więc wieczorem wskoczyliśmy do galerii handlowej, by wpaść w zakupowy szał. Po zakupach kolejna forma odmóżdżania – pranie. Nic tak nie zajmuje, jak praca fizyczna.

Myśląc o punkcji obawiałam się 2 rzeczy – przestymulowania (na co nie miałam już wpływu) i bycia na czczo, więc postanowiłam ustawić budzik na jakąś 4 rano na piątek, żeby się najeść przed zabiegiem. Nie miałam szans, zasnęliśmy wtuleni w siebie, jakbyśmy czuli, że lęk każdego z osobna jest innym lękiem niż ten wspólny.

Obudziłam się o 2:30 i w zasadzie trzeba by już przejść do kolejnego dnia…

Piątek – dzień punkcji

M. spał. Ja poszłam się umyć (o 2:30), a potem zjeść śniadanie (o 4:00). Najedzona, położyłam się z powrotem, ale nie mogłam zasnąć. Pół godziny męczarni, wreszcie padłam, żeby wstać – budzik (niewdzięcznik) zadzwonił o 6:30.

Szykowaliśmy się szybko i chaotycznie – jeszcze to, jeszcze tamto, sprawdź, czy, itd. Przed wyjściem z domu przypomniałam sobie, że miałam wypełnić ankietę anestezjologiczną (zrobiłam to ostatecznie w samochodzie). Kot nie pożegnał się wcale, co w gruncie rzeczy nie było jakimś zaskoczeniem, ale tego dnia dla mnie nic nie było normalne.

Dojechaliśmy w 20 minut. Najpierw wizyta w laboratorium – M. dostał pojemnik i informację, gdzie ma się udać w celu oddania nasienia (tak, procedura in vitro odziera z intymności najbardziej prywatną sferę życia partnerów, nie jest to łatwe). Ja w tym czasie miałam już czekać pod pokojem, w którym odbywały się punkcje. Powitała mnie Pani anestezjolog, kazała się przebrać i czekać, aż ktoś po mnie przyjdzie. Nie trwało to długo. W sali znajdowało się kilka osób, pytały o dane osobowe, później dostałam narkozę i myślałam, że mnie nie złamie (naiwna).

Obudziłam się już po wszystkim – stwierdziłam z żalem, że nie pamiętam, co mi się śniło, a za chwilę (już przytomnie) zapytałam o ilość komórek jajowych… Ale na tą informację musiałam jeszcze poczekać… Szybki czopek przeciwbólowy, a potem pani zaprowadziła mnie do sali pozabiegowej, położyła na brzuchu worek z lodem i kazała leżeć. Myślałam, że zasnę, ale ból jajników doskwierał coraz bardziej. W radiu podali godzinę 12, to znaczyło, że punkcja trwała około 40-55 minut. Pomyślałam, że zrobiłam straszną głupotę zostawiając telefon w torebce. Mogłabym napisać M, że żyję, ale o komórkach jeszcze nic nie wiem.

Po jakichś 10-15 minutach do pokoju weszła Pani i powiedziała, że komórek jest 21. Naszych komórek 🙂

Później dołączyła do mnie koleżanka  po fachu, tj. po punkcji. Problemy zbliżają. Rozmowa nie uśmierzyła jednak bólu fizycznego, dodatkowy Ketonal okazał się niezbędny (i zadziałał natychmiastowo).

Około 13 wyszłam z sali. W korytarzu czekał już na mnie M. Wiedział o komórkach (chwała prowadzącym klinikę za świetną organizację). Zeszliśmy do kawiarni po kanapkę, herbatę i wiadomość, kiedy możemy udać się do lekarza. Muszę przyznać, że w przychodni nie czuliśmy się wczoraj ani przez minutę traktowani przedmiotowo.

Wizyta wypisowa – trochę formalności, informacje na temat kolejnych leków, oszczędnym trybie życia, diecie lekkostrawnej, komórkach.

BTW – za mrożenie komórek płaci się jednorazowo 650 zł, później po każdym roku 400 zł, ale z racji dawstwa pierwszą wpłatę mieliśmy anulowaną – miły gest.

Później dodatkowe USG i do domu.

Sobota – szczęśliwa trójka

In vitro uczy cierpliwości. Emocji masa, i to tych skrajnych. Rozwyłam się oczywiście po telefonie z laboratorium. Trzy zarodki się zdegenerowały, trzy się rozwijają. Po pierwszej dobie – nie wiem, czy to mało, czy dużo. Mam nadzieję, że do poniedziałku nic się nie zmieni. Trzymajcie się Maleństwa, czekamy na Was.

M.