iniekcja

Duże te kulki

Melduję, że przeżyłam dzisiejsze USG. Doktorek zabawny, jak zawsze: „Duże pani te kulki urosły”. No duże – z zaciśniętymi zębami ciężko cokolwiek odpowiedzieć.

Ovitrelle podany. Punkcja w piątek rano. Jutro już odpoczywam.

Z gorszych wiadomości – M. się przeziębił. Myślę tylko o tym, żeby nie zaczął gorączkować, ale na to nie mamy już wpływu.

Szczerze – zeszło z nas trochę ciśnienie. Potrzebowaliśmy już usłyszeć, kiedy będzie zabieg. Wariować będziemy zapewne dopiero jutro.

Dziś na dobranoc może znowu jakiś odmóżdżacz.

Tymczasem cieszę się, że nie zaczynam najbliższego poranka od igły w brzuchu.

Reklamy

9 d.c. – wreszcie koniec weekendu

Wczorajsza wizyta przebiegła bez większych trudności. Są trzy duże pęcherzyki i kilkanaście małych… Tak, tak – punkcja znowu zapowiada się owocna.

Póki co dostałam jeszcze większą dawkę Menopuru, żeby  dojrzałych pęcherzyków było więcej.

Kolejna wizyta w poniedziałek.

W weekend czułam się fatalnie. Głowa bolała i chciało mi się rzygać. Psychicznie w związku z tym też nie było najlepiej.

W piątek oglądałam zdjęcia z imprez rodzinnych i zdałam sobie sprawę, że ich ostatnio unikam, np. nie pojechałam wczoraj na urodziny ojca. Oficjalna wersja jest taka, że musimy uważać na zdrowie przed punkcją, ale siebie ciężko oszukać – nie mam ochoty spędzać czasu z dziećmi, bawić się  z nimi, śmiać się. Dopiero w piątek to do mnie dotarło. I jestem na siebie wściekła, ale też wściekam się na bliskich za to, że mnie nie rozumieją, że nie chcą o niepłodności ze mną rozmawiać. Bo przecież chodzę, nic mnie nie boli, żyję. I niby nie chcę od nich niczego wymagać, ale to poczucie, że nie traktują niepłodności jak choroby mi przeszkadza. Brak empatii  mi przeszkadza.

M. mówi, że leki pewnie tak na mnie działają. Dziś też płakałam. Jak tylko moja głowa znajdzie wolną przestrzeń, to się rozklejam. Dlatego próbuję się czymś zająć, co udaje się z różnym skutkiem. W sumie cieszę się, że jutro idę do pracy.

W ramach „nie myślę, więc funkcjonuję” pojechaliśmy wczoraj do Ikei. Oczywiście musiałam łazić też po pokojach dziecięcych… O ilości spotkanych kobiet w ciąży nawet nie będę wspominać. Na pocieszenie M. złożył stół do kuchni i powiesiliśmy wreszcie na ścianie zdjęcia z Białogóry.

P.S. Jajniki dają już o sobie znać.

6 d.c. – monitoring pęcherzyków

Sprawdzaliśmy dziś, jak się mają pęcherzyki.

Zaczęło się od Gonalu około 3 rano, bo zastrzyk musieliśmy zrobić co najmniej na 4 godziny przed pobraniem krwi (morfologia, E2 i progesteron).

Jakaś godzina czekania na wyniki i wizyta u Pani Doktor (bardzo rzeczowej i miłej notabene).

Hormony rzekomo bdb. Nie wiedząc, co to znaczy ucieszyłam się bezwiednie, ale okazało się, że to aż za dobrze… Bo istnieje ryzyko przestymulowania (o zgrozo!). Pęcherzyków Pani S. naliczyła chyba z kilkadziesiąt, co oznacza, że jeśli w każdym będzie komórka jajowa, to zderzymy się z koniecznością podjęcia decyzji, co z nimi zrobić (w programie dofinansowywanym przez Ministerstwo można zapłodnić tylko 6 komórek jajowych). Pierwsze, co przychodzi w takiej chwili do głowy to to, że będziemy musieli je zamrozić. A komórki jajowe mrożą się dużo gorzej niż zarodki. Zobaczymy, co się okaże podczas punkcji.

Dostaliśmy też dodatkowe leki:

Cetrotide 0,25 mg – (od 6 d.c do 8 d.c.) – 390 zł;

Menopur 75 j.m. (x 2 od 7 d.c do 8 d.c.) – 186 zł.

W sumie przez 2 dni M. będzie mi robił po 3 iniekcje (!) – bo mam brać nadal Gonal F, tyle że w dawce 37,5 ml. Wcześniejsze leki bez zmian.

Panie w Laboratorium zrobiły mi zastrzyk z Cetrotidu. M. przyglądał się uważnie, żeby powtórzyć ćwiczenie jutro i w poniedziałek w domu. Po zastrzyku wyskoczyła mi swędząca pokrzywka, ale o tej ewentualności zostałam poinformowana (zniknęła gdzieś po 2-3 godzinach).

W poniedziałek kolejna wizyta. Wtedy najprawdopodobniej dowiemy się, kiedy będzie punkcja.

Nie czuję ekscytacji. Czuję niepokój.

M.

5 d.c.

Jestem monotematyczna. Dzień bez większych zmian – w miarę spokojnie w pracy i pełen relaks w domu.

Jutro idziemy do kliniki, sprawdzić, jak mają się moje jajniki i dorzucić kolejną porcję leków.

Dopiero dziś uświadomiłam sobie, że obawiam się urlopu naszego lekarza. Nie znam zupełnie tego, do którego wybieramy się jutro i w związku z tym w ogóle mu nie ufam. Gra toczy się o wiele – powikłania po przestymulowaniu mogą być naprawdę spore (internet to zbrodnicze narzędzie w rękach nieopanowanej istoty – dlaczego niby, pytam samą siebie, miałaby mnie przestymulować pani doktor zastępcza, a dlaczego mój lekarz nie?).

Przed stymulacją myślałam, że w jej trakcie włączy mi się w głowie tryb „dziecko”, ale póki co, jest dobrze. Czuję, że wreszcie coś robimy. Że po ponad 2 latach starań, badań, wizyt u lekarzy mamy konkret – in vitro to praktycznie jedyna droga do wyleczenia naszej niepłodności i właśnie zaczęliśmy terapię.

Brzmi to tak, jakbym wierzyła, że teraz już będzie z górki. To dlatego, że znamy przyczynę – nikt nam nie ściemni, że jesteśmy młodzi i mamy szansę na naturalne zapłodnienie. Wiemy, w którą stronę iść i póki co, jest to najważniejsze.

Odnośnie naturalnego zapłodnienia – zawsze bawią mnie komentarze o naszym wieku i możliwości naturalnego zajścia w ciążę (wypowiadane co prawda w dobrej wierze, ale w moim odczuciu bez przemyślenia), na które odpowiadam wprost – to, że nie zachodzimy w ciążę, nie znaczy, że zrezygnowaliśmy z seksu, więc szansa jest faktycznie zawsze 🙂

Tyle z dzisiejszych rozważań. Jutro zastrzyk około 3:30, bo na 7:30 musimy być na pobraniu krwi w Novum, potem lekarz. Po wizycie zobaczymy, ale powinnam stawić się w szkole na ostatnim już zjeździe.

M.

Cyklu ciąg dalszy…

Jak to u mnie zwykle bywa – życie przycisnęło, nie miałam ani czasu ani miejsca na pisanie dzień po dniu. Muszę nadrobić zaległości (dla siebie i ewentualnych zainteresowanych).

2 dzień cyklu (wtorek)

Wstaliśmy wcześniej niż zwykle, bo fabryka wzywała mnie już na 7:00…

Ogólnie zastrzyki można robić między 6:00 a 10:00. Ogarnęliśmy się szybko i około 6:00 zaczęliśmy iniekcję. Nie mogliśmy się do tego zabrać. Umówiliśmy się, że M. będzie mnie kłuł, ale jakoś przy nerwowym poranku wolałam spróbować sama. Bezskutecznie.  Moja głowa nie pozwoliła wbić sobie własnoręcznie nic ostrego w ciało (zryta czacha). Oddałam sprzęt M. i odwróciłam głowę (tak, jak robię zwykle przy pobieraniu krwi). Ukłucie delikatne, trochę rozlewającego się po ciele ciepła i dzień rozpoczęty.

Po zastrzyku szybkie śniadanie, Encorton i w drogę.

W pracy czułam się średnio, ale nie umierająco. Rozbolała mnie głowa, miałam uderzenia gorąca i zimna – w sumie, nie wiem, czy z wrażeń związanych z procedurą, czy z pracą (prawdopodobnie nałożyły się na siebie oba te tematy).

Po południu poszłam jednak zgolić włosy (choć głowę czułam nadal intensywnie), potem fuksem trafiliśmy na darmowy spektakl w teatrze (już tam czaszka puchła, brzuch bolał, a do gardła podchodził obiad), żeby w domu, po średnio zabawnej komedii obejrzanej w średnio sprzyjających okolicznościach przyrody, zakończyć długi i intensywny dzień w czułych objęciach klozetu (nie było to miłe doświadczenie).

Położyłam się i zasnęłam z nadzieją, że kolejny dzień będzie lepszy (zapominając tym samym o Foliku i Norprolacu).

3 dzień cyklu (środa)

Bez zbędnego rozpisywania się – zamknęłam oczy i M. zrobił, co trzeba. Głowa bolała w ciągu dnia, ale nie tak bardzo, jak poprzednio.

Jestem kobietą – dałam radę 🙂

4 dzień cyklu (czwartek)

Nie lubię zastrzyków, ale lubię dzieci. Dziś obyło się bez bólu głowy, za to było mi trochę niedobrze. Na wszelki wypadek, a w zasadzie z konieczności, od kilku dni unikam (czyt. nie mogę patrzeć) warzyw. Zdrowe żywienie nie jest teraz moją mocną stroną.

Swoją drogą, ciekawe, czy można ćwiczyć podczas stymulacji? Pewnie tak, ale nie wiem, czy intensywnie dałabym radę. Męczą mnie ostatnio 10 minutowe spacery z pętli do pracy.

M.