in vitro

16 TC a uroki pierwszego trymestru & „In vitro – czekając na dziecko”

Nie jest dobrze, tzn. biorę wszystko na klatę, ale nie spodziewałam się, że w drugim trymestrze poznam uroki „początków”. Kibel i moje intymne z nim zbliżenia: po płatkach z mlekiem, owocach, makaronie, owocach… I tak wkoło. Wczoraj, gdy podczas spotkania ze znajomymi nagle zachciało mi się soku pomarańczowego, M. zaczął gadać szyfrem: „- Kochanie, cytrusy”. Mój brak reakcji jeszcze go zmotywował: „- CY-TRU-SY” – powtórzył rozdzielając sylaby. Zignorowałam Małżonka, pragnienie było zbyt silne. Żal przyszedł kilka godzin później, po fakcie.

I tak oto w szesnastym tygodniu ciąży poznaję uroki pierwszego trymestru. Bliżej mi teraz do kota I. niż do tryskającej życiem ciężarówki. Objawy zamiast minąć właśnie się nasiliły. Ok, poza porankiem i wieczorem czuję się całkiem nieźle – wróciłam nawet do pracy, ale no umówmy się – z M. spędzam czas raczej wieczorami, gdzie narzekam na ekscesy żołądkowe i na permanentny ból mięśni. M. choć wciela się dzielnie w rolę nadwornego masażysty i czasem kucharza (bo na samą myśl o otwarciu lodówki mam mdłości), to ma mnie już chyba trochę dosyć. W każdym razie oboje chcieliśmy być w tym miejscu, więc oboje musimy sobie radzić 🙂

Tyle o moim marnym samopoczuciu, ale jeszcze jedną kwestię chciałam poruszyć.

Pamiętacie film dokumentalny: „In vitro – czekając na dziecko”? Okazuje się, że od dzisiaj w TVP2 można obejrzeć jego powtórki. Skaczę z radości (choć z punktu widzenia fizjologii nie powinnam), bo kanał jest dostępny dla szerszej grupy odbiorców. I jeszcze jedno – myślę, że ludzie często nie zdają sobie sprawy, że niepłodność to choroba; nie wiedzą też na czym IVF polega, więc program jest dużym krokiem w kierunku uświadamiania. Sama oglądałam go rok temu. W momencie, gdy dowiedziałam się, że będziemy do IVF podchodzić nie wiedziałam za bardzo, jak procedura wygląda krok po kroku. Czytałam, wchodziłam na Naszego Bociana, ale dopiero zetknięcie się z programem unaoczniło mi przez co będziemy przechodzić i jakie emocje będą nam towarzyszyły. Każdy odcinek przeryczałam, ale też dużo zyskałam.

Niżej zamieszczam linki do rozmów z dwoma parami, które uczestniczyły w programie. Tak się cieszę, że im się udało… i płaczę ze wzruszenia. Zachęcam Was do oglądania:

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/18282665/zaplodnienie-in-vitro-wciaz-wzbudza-wiele-emocji

http://pytanienasniadanie.tvp.pl/18333370/gdy-nie-mozesz-zajsc-w-ciaze

Reklamy

Siła w niepłodności

Nie, to nie jest tak, że ktoś uderza cię w głowę i zapadasz w niepamięć. Pamiętam, że Nasze Maleństwo powstało na szkiełku. Pamiętam, jak wyglądały nasze święta jeszcze rok temu. Było dużo łez, ucieczki przed dziećmi, były (choć to śmieszne) nieudane prezenty dla dzieciaków (bo ich kupowanie w ogóle nie sprawiało przyjemności).

Pamiętam dzielenie się opłatkiem z M., kiedy zamiast słów pojawiły się łzy i dotyk. Bolało, boli nadal. Bo choć te święta należały już do zupełnie innych, to w pamięci żywy jest obraz tego, czego doświadczyliśmy.

Myślę, że każde z kolejnych świąt mimo ich odmiennego charakteru będą nam przypominać o tych trudnych chwilach, o walce z niepłodnością.

W te święta zrozumieliśmy, że o niepłodności chcemy mówić głośno, że nie jest to tylko nasza sprawa. Nie wstydzimy się in vitro, nie boimy się, że ktoś powie pełen pogardy: „wasze dziecko jest z IVF”. Hmm, jeśli powie, to zaboli, ale też zweryfikuje relacje. Tego też mnie niepłodność nauczyła – żeby zaufać bliskim, bo mimo mojego wyobrażenia na temat ich poglądów warto dać sobie szansę na ich wsparcie. Pisałam tu kilka razy, że siostra mnie nie rozumiała – ale to była jedna, jedyna osoba, która nasze działanie skrytykowała (w dość nieumiejętny sposób swoją drogą).

Moi rodzice –  początkowo nie byłam pewna, czy mówić im o in vitro, bałam się oceniania (bo chodzą do kościoła, mają dość prawicowe poglądy) i co? I gdybym im nie powiedziała, odebrałabym sobie dużo wsparcia z ich strony. Głównie ze strony mamy, z którą na linii spędziłam przez ten czas kilkadziesiąt godzin, która płakała razem ze mną, pocieszała, dawała z siebie, ile mogła, a nawet jeszcze więcej. To ona oglądała program o in vitro, żeby dowiedzieć się o leczeniu niepłodności jak najwięcej, żeby zrozumieć przez co przechodzimy.

W ostatnie święta opowiedzieliśmy rodzicom krok po kroku, jak przebiegała cała procedura, o zamrożonych komórkach, o czekającym jeszcze na nas zarodku. Momentami było zabawnie: gdy mój tata zrozumiał, że nasze Dziecko jest z nasienia M., a nie dawcy 🙂

Podziękowałam im. Było to dla mnie bardzo trudne. Mój dom nigdy nie należał do szczególnie ciepłych. Miłość okazywało się głównie przygotowywaniem ulubionych potraw, oglądaniem wspólnie skoków narciarskich, czy usypaniem małej górki do zjeżdżania na nartach. Na słowa brakowało odwagi, albo umiejętności. Słowa raczej bolały. W relacji z rodzicami trwam w tym stanie do dziś – nie umiem mówić o emocjach w stosunku do nich, dlatego podziękowanie za coś niematerialnego było piekielnie trudne. Ale udało się. Podziękowałam im za to, że nigdy nie powiedzieli nic złego na temat naszego wyboru, że nie krytykowali, że byli. Usłyszałam: „No coś Ty, jakbyśmy mogli.”

Wiem, że może być różnie, że bliscy mogą reagować na przeróżne sposoby, ale każdy z nas wie najlepiej, czy łatwiej mu będzie przejść przez niepłodność samodzielnie, czy z kimś.

Początkowo M. nie chciał, żebym komukolwiek mówiła – nasza niepłodność, nasza sprawa. Nie dałam rady. Umówiliśmy się, że mamy prawo przeżywać ten czas tak, jak chcemy. On miał zrozumieć, że mówię tylko tym, do których mam zaufanie (fakt, trochę tych osób było), ja miałam zrozumieć, że On zamyka się w sobie, co nie znaczy, że nie czuje.

Dziś jest inaczej. Dziś jesteśmy na podobnym etapie. Rozmawiamy ze sobą, rozmawiamy z innymi. Siłę dało nam powodzenie procedury. Nie wiem, w jakim punkcie emocjonalnym bylibyśmy, gdybyśmy czekali na kolejny transfer lub punkcję.  Czy mielibyśmy tą siłę? Nie wiem, ale wiem, że ta siła wyrosła z niepłodności, z walki z nią, z nadziei.

I nawet, gdy wydaje się nam – niepłodnym, że brakuje nam sił, to one są, rosną w nas i pomagają przejść przez ten trudny czas.

Beta – 12 dpt :)

Beta hCG 536,9 mlU/ml, progesteron w normie 🙂

Cieszę się.

Rozmawiałam dziś z naszym Doktorem. Przepisał Lutinus, powiedział, co jak mam dalej przyjmować, pytał o samopoczucie. A ja czuję, że unoszę się nad Ziemią.

Wracam do pracy. Zastanawiałam się nad tym dość długo, ale w domu sfiksuję na punkcie bety. Czy przyrasta? Co może się dziać? Znam swoje priorytety – jeśli tylko gorzej się poczuję, jeśli będzie w pracy skrajnie nerwowo – idę na zwolnienie.

Dziś wiem, że to słuszna decyzja. Wbrew pozorom – trochę się rozerwę.

Najbliższa wizyta u Doktora 30.10, a M. 27.10 ma urodziny. Obyśmy mogli cieszyć się najpiękniejszym prezentem urodzinowym pod Słońcem.

***************************************************************************************

Właśnie wyskoczył mi komunikat, że ten post jest setnym, który opublikowałam. Z okazji takiego święta wrzucam link do utworu, który części z Was na pewno nie jest obcy 🙂

A było to tak…

W piątek zasnęliśmy na kanapie, tak jak leżeliśmy – w ciuchach, brudni, wymęczeni emocjonalnie. Przebudziłam się około 4:00 nad ranem. Zajrzałam na ulubione blogi, potem na niezastąpione allegro, bo na wyłączenie dobrze obejrzeć sobie jakieś fajne buty… U mnie to działa.

Zasnęłam koło 6:00, żeby obudzić się o 7:30. I pierwsze rozczarowanie – badanie mogliśmy najwcześniej zrobić właśnie o tej porze, a my dopiero się zbieraliśmy.

Podczas szykowania mówiłam M., że przez ten ból brzucha zaczynam mieć nadzieję, Że bardzo się tego boję. Coś odpowiadał, że zobaczymy, jaki będzie wynik, ale jakoś nie za bardzo szło mi słuchanie…

Jeszcze kilka dni przed sobotą w cichych planach mieliśmy wyjazd za miasto. Tylko odbierzemy wyniki, tylko wybuchniemy płaczem, tylko zbierzemy najpotrzebniejsze rzeczy i wypad stąd. Ucieczka z tego zakichanego miejsca, ale decyzja miała zapaść dopiero po wynikach.

W klinice byliśmy gdzieś po  dziewiątej. Instynktownie zapisałam się od razu na konsultację telefoniczną do lekarza w okolicach odebrania wyników. Tak, żeby wiedzieć, które leki odstawić, co robić. Bardziej zakładając, że jednak się nie udało  (ech, ta asekuracja).

Szybkie kłucie i do domu… Na najdłuższe 2 h tego dnia. I mieliśmy zupełnie inny plan, jak sobie je wypełnić. M. zasiadł przed komputerem, ja zaczęłam się krzątać. Wstawiłam pranie, tak żeby skończyło się na 15 minut przed telefonem do kliniki. Zaczęliśmy pomału ogarniać nasze kąty. Opornie to szło.

11:19 – przerwałam rozwieszanie prania. Można już spróbować. Nigdy nie czułam takiego lęku wybierając numer do kliniki. Nigdy nie było we mnie tyle obaw i nadziei równocześnie.

Wszystko działo się w kuchni, M. stał oparty o meble, ja siedziałam.

„- Dzień dobry. Robiłam u Państwa dziś Betę HCG i chciałam odebrać wyniki.

– Jak się Pani nazywa?

(trzeźwo, Magda, trzeźwo – pomyślałam) – Tak i tak.

– Który jest pani dziś dzień po transferze?

– 10 (nie wiem, co jeszcze powiedziałam).

– Poproszę jeszcze Pani datę urodzenia – ton głosu w słuchawce wydał mi się spokojniejszy, podyktowałam szybko.

– A dlaczego zrobiła pani badanie tak wcześnie? Lekarz pani kazał? – tu już ton wydawał mi się bardzo optymistyczny.

– Tak, kazał – M. przysunął się do mnie, żeby słyszeć co mówi głos po drugiej stronie.

– Proszę pani, beta HCG wynosi 216, to wysoko, jak na 10 dpt.

– Słucham? Ile? Czy to oznacza?- wybełkotałam przez moje spazmy płaczu i śmiechu. Widok zaryczanego i uśmiechniętego M. nie pomagał.

– Aa, jestem umówiona na konsultację do Dr J. Czy będzie mogła mnie pani przełączyć?

– Tak, tak.

– A mogłaby pani powtórzyć wynik? 216?

– Tak, proszę sobie zapisać – 216.”

Pani przełączyła mnie od razu na konsultację. Nie muszę dodawać, że emocji było tyle, że ledwo rozmawiałam. M. pobiegł po coś do pisania i drążącą ręką notowałam, jak przyjmować leki.

Po rozmowie rzuciliśmy się sobie w ramiona – mogę śmiało tak to nazwać. I była to najcudowniejsza chwila w naszym dotychczasowym życiu.

Nie mieliśmy już potrzeby ucieczki.

Popołudnie minęło na telefonach do najbliższych zaangażowanych w sprawę. Poszliśmy na kolację. Było spokojnie i radośnie (a my z bananami na twarzach). Mówiliśmy o tym, jak chce nam się znowu żyć. Nie umiem chyba opisać wszystkich emocji – radości przeplatanej ze strachem.

Pierwsze demony przyszły w nocy. Bo przecież betę trzeba powtórzyć. Weszłam na Novumowy wątek na Naszym Bocianie i przejrzałam chyba 18 podstron (dopóki telefon mi nie padł) – patrzyłam, jakie bety miały dziewczyny, kiedy im rosły, kiedy zaczynały spadać – świr. Obudziłam M, żeby dowiedział się, jak bardzo się boję.

Rano było już lepiej. W Wysokich Obcasach przypadkiem trafiłam na rysunek Marty Frej: „Odkąd przestałam przejmować się sprawami, na które nie mam wpływu, mam wpływ na więcej rzeczy”. Cóż, przesłanie dnia.

Byliśmy dziś na spacerze. Jesienny Żoliborz zachwycił, jak zawsze. Wstąpiliśmy do księgarni i na obiad. Spędziliśmy trzy miłe godziny, ale już podczas powrotu zaczęła towarzyszyć mi senność. Jak stałam, tak padłam. M. też. Wreszcie udało nam się zasnąć spokojniej niż przez ostatnie tygodnie.

Jutro mam powtórzyć betę, zrobić badanie progesteronu i morfologię. Błagam, niech wszystko będzie dobrze.