blastocysta

Jest jeden :)

Nie wytrzymałam i sama zadzwoniłam do laboratorium. Zamrozili jeden zarodek. Co czuję? Tydzień temu pewnie bym nie dowierzała, że tylko jeden. Dziś się cieszę, bo po środowej wizycie nie wierzyliśmy, że którykolwiek pozostanie.

Jest lepiej. Czytam, gadam namiętnie przez telefon, odpoczywam, czekam.

W czekaniu najlepsza nie jestem – zawsze tak było. I widać to nawet po tym, jak sobie radzę z wartką akcją w powieściach. Gdy mnie coś wciągnie, to nie mogę doczekać się finału i zaglądam do ostatnich rozdziałów. W efekcie czytam (już w spokoju) ostatnią jedną czwartą powieści znając już jej zakończenie. Dziwne, nie? Mam tak od podstawówki 🙂

Dzień upłynął pod znakiem Joanny Bator i Marka Grechuty. To był naprawdę dobry dzień.

Reklamy

po transferze

Dzisiejszy wpis będzie krótki, bo piszę z telefonu. Jutro postaram się go uzupełnić.

Do transferu doszło, choć nie było to takie oczywiste, jak pierwotnie zakładaliśmy. Podano mi zarodek klasy 4AA – trzymaj się Bąbelku.

Z gorszych informacji – pozostałe zarodki muszą zostać pod obserwacją do siódmej doby. Wtedy zostanie podjęta decyzja, czy rozwinęły się na tyle, żeby je zamrozić. Poczułam się jak pies Pluto, który dostał czymś ciężkim w łeb.

Leżę i piję wodę. Tyle mogę zrobić, żeby nie dać się hiperstymulacji.

Przed nami najdłuższe 10 dni w naszym życiu.

Dałam radę – był krupnik (+słów kilka o hiperstymulacji jajników)

Bo z pizzą to podobno niewskazane po punkcji, zwłaszcza przy takiej ilości pobranych komórek. S. przyniosła sernik – chyba też nie za dobre rozwiązanie przy diecie lekkostrawnej, ale nie byłam w stanie sobie odmówić. I zdaje się, że to był błąd. Z minuty na minutę czułam, jak brzuch mi rośnie, jak boli coraz bardziej, ale i tak apogeum przypadło na czas, kiedy S. już wyszła (a było koło 22:00). Położyłam się obolała i czekałam aż nospa zacznie działać. Dziś też pobolewa – jest wzdęty, duży – ciążowy można powiedzieć. Poza tym ból nasila się podczas oddawania moczu.

Oczywiście, że czytałam o hiperstymulacji. Boję się, że  mnie dopadnie, a wtedy nici z transferu. Pocieszam się tym, że nie mam problemów z oddychaniem i że ból może być spowodowany ilością leków, jakie przyjmuję. Szczerze – jeśli ma mnie dopaść hiperstymulacja, to niech się to stanie już po transferze.

A niżej kilka informacji o hiperstymulacji zasięgniętych od mądrego wujka Googla.

Hiperstymulacja jajników (OHSS – ovarian hyperstimulation syndrome) może wystąpić jako konsekwencja pobudzania owulacji poprzez dostarczanie do organizmu hormonów (m.in. gonadotropin). Może dojść do niej  gdy podczas terapii ilość wyprodukowanych jest większa nić zakładano (20-30), a jajniki znacznie się powiększają.

Czynniki ryzyka (przed leczeniem):

– zespół policystycznych jajników;

– młody wiek (poniżej 35 r.ż.);

– zaburzenia miesiączkowania;

– szczupła budowa ciała;

– duże stężenie AMH w surowicy;

– OHSS w wywiadzie;

Czynniki ryzyka (podczas leczenia):

– szybko wzrastające stężenie estradiolu w surowicy;

– liczba pęcherzyków > 20 po stymulacji jajników;

– zastosowanie HCG w celu dojrzewania komórek jajowych;

– ciąża;

Objawy hiperstymulacji mogą pojawić się już po kilku dniach od pobrania komórek jajowych.

Postać łagodna: wzdęcia i niewielki ból brzucha.

Postać umiarkowana: umiarkowany ból brzucha, nudności i wymioty, wodobrzusze (widoczne na USG).

Postać ciężka: wodobrzusze, trudności w oddychaniu, zmniejszona ilość oddawanego moczu, hipoproteinemia.

Postać krytyczna: wodobrzusze, zbieranie się płynu wysiękowego w otrzewnej, opłucnej i osierdziu, bezmocz, problemy zakrzepowo-zatorowe, niewydolność oddechowa, niewydolność nerek i w konsekwencji w sporadycznych przypadkach śmierć.

Zespół hiperstymulacji w zależności od postaci, jaką przyjmuje wymaga leczenia ambulatoryjnego lub hospitalizacji.

Co robić:

– pić dużo wody;

– stosować dietę lekkostrawną z dużą ilością białka;

– prowadzić oszczędny tryb życia;

– sprawdzać obwód brzucha;

– skontaktować się z lekarzem.

Sama od razu po punkcji dostałam torbę leków, m.in. Fraxiperine, Dostinex i Essentiale Forte.

Czekam, mam nadzieję, że jednak mnie to ominie. Na wszelki wypadek uprałam sobie szlafrok.

Jeśli macie doświadczenia w temacie hiperstymualcji – piszcie. Wiedza na jej temat przyda się nam wszystkim.

P.S. Dzwoniłam do laboratorium – nic się nie zmieniło. A trzy zarodki już nawet zaczęły kompaktować (czyli zgodnie z harmonogramem), żeby jutro przekształcić się w blastocysty. Jest jeszcze cała doba – mam nadzieję, że pozostałe Siłaczki też dadzą radę.

P.P.S. Właśnie zarejestrowałam, że od początku miesiąca piszę codziennie. Przepraszam Was za to publiczne rzyganie, ale nie wiem, czy będę umiała przestać w najbliższym czasie.

Wczorajszy dzień zadumy

Z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że nasz trzeci Mały rozwijał się wolniej niż pozostałe i zamiast polecieć na narty z rodzeństwem został jeszcze pod obserwacją. Nie, nie brałam pod uwagę, że coś może być nie tak. Miałam już wizje dużej rodziny: ja, M. i upragniona Trójeczka (no i K.).

Znowu się pomyliłam. Znowu założyłam, że będzie idealnie. Że skoro tyle już przeszliśmy, to na pewno się uda. Wczorajszy telefon traktowałam pro forma, ale życie pokazało swoje szare oblicze (po raz kolejny).

Miałam więc wczoraj dzień żałoby. W pracy dotrwałam do końca, w drodze powrotnej obcy ludzie z dziećmi doprowadzali mnie do łez, a w domu poryczałam się już maksymalnie. Był to płacz za utraconym dzieckiem, za naszym Maleństwem.

I był krzyk bezsilności w stosunku do losu/Boga/jakiejś materii zarządzającej naszym życiem (niepotrzebne skreślić).

Moja wiara w powodzenie procedury upadła. Zaczęłam myśleć o tym, co jeśli się nie uda… Nic nie wymyśliłam.

Dziś był lepszy dzień – bezmyślny. Czasem takie są potrzebne, żeby nie zwariować.

M.

Są trzy :)

Odpoczywam, tzn. krzątam się po mieszkaniu, ale już spokojniej. Trzy maleństwa są z nami. Po 14 będę też dzwonić do Doktora Z. w sprawie transferu.

M. – to dzielny mężczyzna. Gdy mówię mu, że się boję, odpowiada, że On też. I nawet nie wie, jak mnie tym do siebie przekonuje. Jakie to dla mnie ważne, że nie zgrywa twardziela. Że jest w naszym oczekiwaniu prawdziwy.

Nie, nie zawsze tak było. Przeszliśmy swoje – głównie jego zamykanie się w sobie, moje płaczliwe wybuchy przerażenia, nasze kłótnie w drodze powrotnej z kliniki. Wtedy też się baliśmy, tyle że każde z nas z osobna. Obwinialiśmy się wzajemnie za brak wsparcia (nie ma to jak zrozumienie). Dziś dajemy sobie prawo do przeżywania choroby tak, jak nam z tym najlepiej. M. woli milczeć, ja płakać, ale żadne z nas nie boi się bardziej albo mniej, po prostu inaczej.

Podobno w 40% o niepłodności decyduje czynnik żeński, w 40% męski, a w 20% przyczyna leży po obu stronach. I choć wolałabym, żeby problemu nie było wcale, to myślę, że z punktu widzenia psychiki – lepiej, że znaleźliśmy się w grupie owych 20%. Nie, nie mam obaw, że mój M. odszedłby kiedyś mówiąc, że nie będzie ze mną szczęśliwy, bo nie dam mu dziecka. Wydaje mi się, że raczej sama bym się zadręczała i obwiniała, że pozbawiam go bycia ojcem. W emocjach mogłabym powiedzieć, że odchodzę dla jego dobra – dla dobra jego prokreacji. I choć nie wierzę, że pozwoliłby mi wtedy odejść, to mam wrażenie, że bycie w którejś z 40% obarczyłoby nas zbędnym myśleniem o winie.

A przecież niepłodność jest chorobą pary – już to chyba pisałam. I nie ma w chorobie winnego. Niezależnie od tego, gdzie leży przyczyna – leczenia wymaga para. Ta para, która się kocha i chce wspólnie doświadczyć rodzicielstwa.

Ckliwie się zrobiło. No to jedziemy z muzyką:

M.