Dziwnie mi

Zbliża się nasza wizyta w klinice. Radość miesza się ze strachem. Czy powstrzymam łzy wzruszenia? Czy dam radę bez zbędnego patosu podziękować lekarzowi? Czy okaże się, że mój organizm jest gotowy na przyjęcie Mrożaczka?

I jeszcze ten wstyd związany z zabraniem Małej do kliniki. Wstyd, że nam się udało. Pamiętam ból, gdy czekając na wizytę do doktorka pojawiały się pary z dziećmi. Tłumaczyłam sobie, że ci ludzie przeszli ciężką drogę do tego, żeby zostać rodzicami, że dzieci są żywymi dowodami, że wreszcie i nam się  uda, ale i tak czułam ukłucie w sercu. Dziś to ja będę czekać z siedmiomiesięczną Małą w kolejce w klinice niepłodności. I dziwnie mi z tym.

Reklamy

-ma-ma

Jakiś miesiąc temu odwiedziła mnie przyjaciółka jeszcze z czasów LO. Ostatnio rzadko się widujemy, ale łączy nas ten rodzaj relacji, na który nie wpływa ilość spotkań. Rozmawiamy o wszystkim szczerze i bez zbędnych ogródek.

W ten sposób usłyszałam, że moja córka bardzo ładnie głuży, że za chwilę będzie gaworzyć i sylabizować. „ – Magda, pojawią się różne sylaby, między innymi „-ma” – powiedziała, a przy „-ma” poczułam na sobie wymowne spojrzenie. Ja wszystko wiem :). Ale w ustach Małej te sylaby brzmią tak wdzięcznie i rozkosznie, że mi serce rośnie.

No więc usłyszałam już pierwsze mama, a właściwie: „mammamamamamababamabageeee”. To nic, że ten monolog był puszczony gdzieś w powietrze, a najpewniej do piszczącej żyrafy, która ma bardzo fascynującą metkę.

A propos owego -ma -ma, to jak na matkę Polkę przystało łażę na spacery praktycznie codziennie – tyłek mi wietrzy konkretnie, ale chodzę. Dzisiaj (właściwie już wczoraj) drepcząc jeszcze przez osiedle, dzielnie acz z oporem (śnieg!) prowadząc wózek usłyszałam, że ktoś za mną biegnie. Odwróciłam się i mym oczom ukazała się roześmiana mamuśka jedną ręką prowadząca wózek-gondolę, drugą ciągnąca sanki ze starszą pociechą. Z serdecznym uśmiechem wyraziłam swój podziw dla jej kondycji, na co usłyszałam: „dobrze, że nie ma trzeciego”.  I tyle ją widziałam, bo pobiegła dalej.

Wiecie co, jesteście niesamowite. Jako przyszłe matki i matki. I życzę Wam, żebyście z przyszłych matek stały się jak najszybciej matkami. A właściwie mamami.

Chciałabym…

Chciałabym raz na zawsze pozbyć się tego uczucia, że może się udać naturalnie.

W okolicy świąt rozregulował mi się cykl. Miałam już nadzieję, że dzieje się coś niesamowitego. Nie działo się. Głupia jestem i tyle. Czas wreszcie, żebym pogodziła się z faktem, że seks to dla mnie tylko przyjemność. Seks w moim związku nie służy do prokreacji.  I kropka.

Tak, nawet mając już upragnione dziecko ciężko się z tym pogodzić. A wieści o kolejnych ciążach (chyba naturalnych) wciąż wprawiają mnie w kłopotliwą zazdrość.

2016 – idzie nowe

2015 minął – był pięknym rokiem. Rokiem cudu narodzin naszej córki. Zawsze będę go wspominać z rozrzewnieniem. To był dobry rok, właściwie najlepszy w całym moim życiu.

Dziękuję, że mogłam go przeżyć, doświadczyć tych fantastycznych chwil.

Mam nadzieję, że 2016 też będzie magiczny – najbliższe pół roku spędzę jeszcze z A. w domu, będę chłonąć jej dorastanie całą sobą. Będę uczyć się Jej każdego dnia. Kocham ją ze wszystkich sił.

Życzę Wam pięknego Roku! Niech to będzie rok pełen cudów!

List do Ministra Zdrowia

Panie Ministrze,

Zastanawiałam się, czy jest sens pisać do Pana, tracić swój czas, energię, emocje, podczas gdy Pan pewnie nawet nie zapozna się z treścią listu. Skoro został Pan wybrany na Ministra w rządzie, której obecna premier podczas kampanii szczyciła się, że chce wyjść do ludzi i ich słuchać, postanowiłam zaryzykować. Zobaczymy, ile z tej tłustej kiełbasy wyborczej było tylko nią.

Jesteśmy zwykłym małżeństwem. Może średnio zwykłym, bo Bóg oszczędził nam daru płodności. Nie oszczędzał nas za to w innych sferach. Raczej nas doświadczył. Mąż jako trzymiesięczny chłopiec przeszedł chorobę nowotworową. Nie chcę nawet myśleć, co musieli przeżywać jego rodzice, gdy usłyszeli diagnozę. Przeżył – uff. Dzięki skutecznemu leczeniu spotkałam na swojej drodze fantastycznego mężczyznę. Już na początku studiów coś wspominał, że po chemioterapii, którą przeszedł we wczesnym dzieciństwie mogą pojawić się problemy z zajściem w ciążę. Kto by się tym przejmował? Ustaliliśmy wtedy, że są inne sposoby na zostanie rodzicami i tyle – a mieliśmy po dwadzieścia lat. Byliśmy młodzi i zakochani, wiedzieliśmy, czego chcemy. Ślub od razu po studiach, po roku od ślubu decyzja o rozpoczęciu starań o potomstwo. Gdzieś pod skórą czuliśmy, że nie będzie to proste. Nie chcieliśmy odkładać sprawy, choć pewnie lepiej byłoby poczekać na tzw. „lepsze czasy” – stabilną pracę i zabezpieczenie finansowe. Pozwoli Pan, Panie Ministrze, że wątek starań naturalnych pominę. I tak nie pojmie Pan, co znaczy wylać morze łez nad każdym testem ciążowym wskazującym jedną kreskę. Syty głodnego nie zrozumie.  Minęło jakieś półtora roku, kiedy postanowiliśmy szukać wsparcia. Najpierw moje badania. No tak – Bóg postanowił naszemu związkowi pomóc  – żeby żadna ze stron nie miała do drugiej pretensji, że jest niepłodna – diagnoza: zespół policystycznych jajników. Zaczęłam się leczyć, ale nadal nic się nie działo. Kolejny krok to było badanie nasienia – tak, takie badanie wykonuje się po tym, jak mężczyzna podda się masturbacji (Straszne, prawda? Nam też się to nie podobało. Podniecać wolimy się we własnym towarzystwie i u siebie, a nie w klinice. A jednak chęć powiększenia rodziny wygrała z zażenowaniem, stresem i lękiem). Wyniki kiepskie. W jednej z przychodni przyszpitalnych, w której się leczyłam spotkaliśmy świetnego lekarza. Wtedy płakałam jak bóbr, gdy usłyszałam, że przy tych wynikach w zasadzie możemy próbować inseminacji, ale to będzie tylko strata czasu i pieniędzy. Że jedyną skuteczną drogą jest dla nas in vitro. Wie Pan, Panie Ministrze, co znaczy dla osób mających po 26 lat usłyszeć, że są niepłodni? Że żulik spod sklepu może sobie w łóżku (albo w krzakach pod tymże sklepem) dzieciaczka „zrobić”, a oni będą potrzebować do tego osób trzecich? Nie wie Pan i nie rozumie.

Najbardziej boli mnie Pana ignorancja w stosunku do nas – niepłodnych. Umniejsza Pan naszej chorobie. Pytam na jakiej podstawie? Bo nic nas nie boli? Bo możemy sobie adoptować dziecko? Z całym szacunkiem, ale to powinna być decyzja pary. Tak samo, jak decyzją chorego na cukrzycę jest to, czy będzie przyjmował insulinę, czy nie rozpocznie leczenia. A może zaproponuje nam Pan naprotechnologię? Cała nasza diagnostyka to była właśnie naprotechnologia, może z wyjątkiem badania nasienia, bo tego chyba naprotechnologia  nie przewiduje.

Czy powie Pan, że niepłodność to nie choroba? A in vitro nie leczy niepłodności? Wydawało mi się, że kto jak kto, ale Minister Zdrowia powinien wiedzieć, że in vitro zostało przez WHO uznane za metodę leczenia niepłodności.

Przykre jest Pana argumentowanie, że na in vitro nie ma pieniędzy. To znaczy, że odwraca się Pan kategorycznie od nas – osób niepłodnych. Obawiam się, że nie chodzi o pieniądze, a o ideologię. In vitro kłóci się z Pańską moralnością i dlatego postanowił Pan odebrać niepłodnym szansę na podejście do drogiej procedury. Szkoda, że z moich podatków muszę opłacać leczenie alkoholików i narkomanów, choć nie zgadza się to z moją ideologią.

Panie Ministrze, niech Pan okaże się Człowiekiem, takim przez duże C. Niech Pan nie utrudnia nam i tak bardzo bolesnej walki o nasze dzieci. Niech nie bawi się Pan w Boga. Dla wielu par odcięcie finansowania in vitro jest przekreśleniem szansy na biologiczne potomstwo. Niech Pan im tego nie odbiera.

Można powiedzieć, że mamy szczęście. W czerwcu, dzięki dofinansowaniu in vitro przez Ministerstwo Zdrowia przyszła na świat nasza córka – nasz największy skarb. Już nie jesteśmy starzy – młodość wróciła do naszego domu na nowo. Bardzo Pana proszę, niech Pan nie odbiera tej szansy, którą my mieliśmy innym niepłodnym. Niepłodność to choroba. Proszę to wreszcie pojąć.

A jeśli chce Pan wejść w nurt ideologiczny, to dlaczego nikt z Pana partii nie mówi o 500 zł na każde dziecko? Również to zamrożone?

 Z poważaniem,

Magda