Uncategorized

3 dpt

Mechanicznie smarowałam pieczywo masłem, gdy przypomniał mi się fragment wiersza Szymborskiej:

 „Czemu ty się, zła godzino,

 z niepotrzebnym mieszasz lękiem?

Jesteś – a więc musisz minąć.

Miniesz – a więc to jest piękne.”

Tyle we mnie obaw.

Reklamy

Dzień przed punkcją

Nie jest dobrze. Żołądek podchodzi mi do gardła. Boję się. Nie, nie samej punkcji. Boję się najbliższych dwóch tygodni – pieprzonych huśtawek emocjonalnych, czekania na każdym etapie. Boję się niepowodzenia  – ono zupełnie pozbawi mnie nadziei.

Jak sobie z tym radzę? Na dwa sposoby. Po pierwsze jem jak oszalała (to nic, że chce mi się rzygać). Po drugie – warczę na M. Od przedwczoraj zdążyłam już kilka razy wykrzyczeć, że nie chcę tej pier… punkcji, że jemu nie zależy, że w dupie wszystko mam. A to chyba oznaki, że sobie jednak nie radzę.

Jak przeżyć najbliższy czas bez sfiksowania? Pomysłu brak.

Duże te kulki

Melduję, że przeżyłam dzisiejsze USG. Doktorek zabawny, jak zawsze: „Duże pani te kulki urosły”. No duże – z zaciśniętymi zębami ciężko cokolwiek odpowiedzieć.

Ovitrelle podany. Punkcja w piątek rano. Jutro już odpoczywam.

Z gorszych wiadomości – M. się przeziębił. Myślę tylko o tym, żeby nie zaczął gorączkować, ale na to nie mamy już wpływu.

Szczerze – zeszło z nas trochę ciśnienie. Potrzebowaliśmy już usłyszeć, kiedy będzie zabieg. Wariować będziemy zapewne dopiero jutro.

Dziś na dobranoc może znowu jakiś odmóżdżacz.

Tymczasem cieszę się, że nie zaczynam najbliższego poranka od igły w brzuchu.

Jajka rosną, a ja szukam ucieczki

Jajka rosną. Kolejne leki trafiły do apteczki domowej – Cetrotide i kontynuacja Menopuru. Następna wizyta w sobotę.

A ja mam zły czas w pracy. Za dużo wszystkiego. Dodatkowo dziś o poranku dostałam (bezdotykowo) kilka razy z liścia w twarz od dawnej znajomej…

Spotkałam ją przypadkiem rano na stołówce w pracy. Zapytałam, co u niej, bo dawno jej nie widziałam. Opowiadała o swojej córeczce – lubię słuchać o dzieciach i o tym, jak komuś się układa. Ale w pewnym momencie zapytała, czy mam dziecko. Powiedziałam grzecznie, że nie. Ciągnęła dalej, czy nie chcemy jeszcze. Odparłam zgodnie z prawdą, że zobaczymy, jak będzie, ale chcemy. Ona na to, że oni z tym nie mieli problemu, że właściwie za pierwszym razem się udało. I sami byli w szoku. A ja stałam twardo i czułam, jak każdym słowem dostaję z liścia w twarz. Ona w ogóle nie miała świadomości, że mnie rani. Wysiadłam z windy, poczułam, że oczy mi się szklą. Pomyślałam, że jestem w pracy i  że to nie miejsce na ekshibicjonizm emocjonalny. Poszłam do pokoju, odpaliłam kompa, zajęłam się bieżącymi sprawami, a o sytuacji przypomniałam sobie dopiero teraz… I co tu zrobić, żeby nie bluzgać?

M. włączył właśnie na YT fragment koncertu Grzegorza Turnaua. Zrobiło się odrobinę lżej na duszy. Musimy gdzieś wyjść, oderwać się od całego miszmaszu.

5 d.c. – 4 dzień stymulacji

Do wczoraj właściwie było bez zastrzeżeń. Tzn. dzień zaczynaliśmy od zastrzyku, ale ogólnie bezobjawowo żyłam swoim życiem. Dziś jest trochę inaczej. Po pierwsze obudziła mnie biegunka. Po drugie w pracy poczułam  mdłości. I nie wiem, czy jest to jakiś cholerny wirus, czy objawy stymulacji. Zobaczę, jak będzie jutro. Oczywiście  brzuch spuchł do rozmiarów wczesnej (ale widocznej) ciąży.

Co kilka dni dostaję smsa od przyjaciółki z pytaniem, czy jajka rosną. Rosną. Mam nadzieję 🙂

Jutro wizyta u doktorka.