in vitro

Jestem

Jestem mamą dwójki. Zmęczoną, ale najszczęśliwszą na świecie mamą. A. chodzi już do przedszkola. Ma swoje zdanie, nie lubi sprzątać zabawek. Zadaje bardzo dużo poważnych pytań. Opowiada niesamowite historie, uwielbia książki i zabawy sytuacyjne. Jest radosna, wyjątkowa i… taka samodzielna i duża. T. skończył rok. Totalne przeciwieństwo swojej siostry. Stale w ruchu, śmieje się i lubi jeść. Zaczyna być zazdrosny o moją uwagę. Uwielbia tańczyć, grać na cymbałkach, majstrować  przy samochodzie. Widzę, jak kształtuje się ich relacja i rośnie mi serce. Dziś piekliśmy pierniki. Jeszcze nigdy nie było tak radośnie. T. grzebał w misce z mąką, P. wałkowała ciasto… Mam wrażenie, że teraz jest najpiękniejszy czas naszej rodziny.

Już prawie nie pamiętam, co to niepłodność. Ech, nieprawda. Pamiętam doskonale. I myślę o niej czasem… Czy wciąż jest, a T. to taki nasz cud? I momentami korci mnie, żeby to jeszcze sprawdzić. Szybko jednak przychodzi otrzeźwienie.

W klinice jeszcze Ktoś na nas czeka. Wrócimy za jakiś czas.

Reklamy

Życie lubi zaskakiwać

Zawsze tak myślałam, ale to co się stało, przerosło nasze najśmielsze myśli. Jestem w ciąży. Jak pisałam poprzedni wpis, to też już byłam. Cieszymy się bardzo. Chociaż cały czas nie wierzymy, że to się dzieje naprawdę. Chwilo trwaj :).

Kryzys (przynajmniej czasowo) zażegnany.

Sza cicho sza

Zniknęłam. Zaszyłam się w macierzyństwie, w pracy, w codzienności.

Chciałabym po takiej przerwie napisać coś więcej, ale nie wiem co. W głowie tysiące myśli, jeszcze więcej pytań. Jestem rodzicem, mamą. On jest rodzicem, tatą. Przestajemy być partnerami. Chyba nie tak to sobie wyobrażałam.

Nie, nie żałuję. Ba, czekamy na termin wizyty w klinice, żeby ustalić odebranie naszego Mrożaka.

Czy jestem pewna, że będziemy ze sobą do końca życia? Nie. Ale i tak podjęłabym tą samą decyzję. Bycie rodzicem to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.  Choć płaczę pisząc to wszystko, musicie mi wierzyć – jestem szczęśliwa.

Pojawienie się dziecka, niezależnie od tego, czy z in vitro, czy bez, zmienia relację dwojga osób.

Może to tylko dłuższy kryzys, który minie, a może początek końca. Czas przyniesie rozwiązanie.

Jak tu pusto

Jak tu pusto. Nie widać i nie słychać mnie samej.

Krótki raport, co u nas.

A. ma już rok. Konkretnie rok i dwa i pół miesiąca. Czas płynie. Dopiero odkąd jest z nami poczułam wyraźnie, co oznacza przemijanie. Wizja upływu czasu towarzyszy mi non stop. Ale nie przeraża. Raczej przypomina, żeby chłonąć, czerpać garściami z życia, bo krótkie jest. Wpadłam w stan absolutnego zachwytu życiem. Fajnie. Czasem ciężko, ale fajnie (podziwiam rodziców bliźniąt, serio).

U nas zmiany, zmiany.

Pierwszą z nich jest fakt, że wróciłam do pracy. Małą w tym czasie opiekuje się tata. Ile ja się nasłuchałam życzliwych tekstów typu: „skoro możecie sobie na to pozwolić…”. Ja nie wiem, czy możemy, czy nie. Okaże się. W każdym razie postanowiliśmy spróbować. M. zachwycony czasem spędzanym z córką, ja trochę zazdrosna, gdy wychodząc z domu słyszę „papa” i trzask drzwi (zero lamentów, płaczu, utyskiwania). Oczywiście rozum bierze górę. Cieszę się, że M. opiekuje się Małą. Widzę, jaka relacja się między nimi tworzy. Miło na to patrzeć. Chociaż trochę żal, gdy Mała woli wieczorem zasypiać z tatą niż ze mną. No ale biorę to na klatę. I tak nie zastąpi jej matki :).

W pracy początkowo czułam kompletny bezsens. Teraz jest lepiej. Głównie z uwagi na ilość rzeczy do ogarnięcia.

Co więcej. Po cichu, powoli przygotowujemy się do crio. Jest szansa, że w najbliższym cyklu będziemy próbować. Podchodzę do tematu sceptycznie, bo i statystyka jest nieubłagana – transfer zarodka klasy 3CC daje szansę powodzenia na poziomie 10%-15%. I mało i dużo. Próbuję się nie nastawiać, ale przerabiałam już to kilka razy – wiem, że będzie podobnie. Jazda bez trzymanki – nie mogę się doczekać.

Z drugiej strony chcemy już wiedzieć. I zastanowić się, co dalej.

I stoję przed dylematem, co zrobić  z blogiem. Bo mało mnie tu, jak widać. Tematyka wciąż krąży w głowie, ale jednak czas skurczył się strasznie. I sama nie wiem. Dopóki nic nie wymyślę, to pewnie będzie sobie w sieci. Choć czasem mam obawy, że zostanę „namierzona” – wiem, brzmi strasznie. Jakbym podjęła się jakiegoś haniebnego czynu, a tak przecież nie jest. Ale mam kłopot, że ktoś skojarzy moją historię z tą z sieci, połączy fakty i przestanę być anonimowa. A chciałabym, bo to dość intymne pisać o sobie. No sama nie wiem.

 

Spóźniony Dzień Matki i Córki

Kilka (update: kilkanaście) dni temu pierwszy raz po drugiej stronie brzucha świętowałam dzień matki. Zaczęło się dość niefortunnie, bo Mała zaliczyła upadek i ryk był nie z tej ziemi. Na szczęście poza ogromnym siniakiem na czole nic się nie stało. Jak tylko A. się uspokoiła, M. wyszedł z nią na chwilę, żeby wrócić z bukietem kwiatów i laurką (z laurką zaliczył dzień wcześniej małą gafę, bo gdy wieczorem wróciłam do domu, to leżała na kanapie – biedak zapomniał schować w tym ferworze wieczornej opieki nad córcią). W każdym razie dostałam laurkę z odrysowaną rączką naszej córki (wierciła się, więc wyszły cztery palce). Później pojechaliśmy do naszych mam, gdzie było rodzinnie i szybko.

Ostatnio ciągle tak jest. Na dobrą sprawę nie miałam jeszcze szansy usiąść i pomyśleć o swojej nowej roli. Jak się z nią czuję, itp., itd. Hmm, tak, jakbym od zawsze nią była, tzn. mamą. Ok., zdarza mi się myśleć o tym, że mogłabym coś lepiej robić, bardziej się skupiać na zabawach, wymyślać różne rzeczy, ale na dobrą sprawę nie myślałam o tym, jaką matką jestem dla A.

Staram się być matką. Po prostu. To A. kiedyś opowie, jaką mamą dla niej byłam.

Kilka słów do A.

Córeczko,

Zdarza mi się przy Tobie płakać. Przyglądasz mi się wtedy uważnie, ale ze spokojem. Ty rozumiesz, gdy Ci opowiadam, że te łzy są łzami wzruszenia, a nie smutku, że płaczę, bo jestem bardzo szczęśliwa, że jesteś z nami. Ostatnio podczas czytania książek włączyłam w tle koncert Olafura Arnaldsa. Wsłuchiwałaś się w dźwięki intensywnie, a mi spłynęło kilka łez. Włączaliśmy z tatą ten koncert, gdy jeszcze byłaś w brzuchu, gdy na Ciebie czekaliśmy, później, gdy już się urodziłaś. Nasłuchiwałaś wtedy przytulona do mojej piersi, czasem zasypiając. A ja upajałam się tą niczym niezmąconą błogą chwilą.

Wiesz Kochana, kiedyś zawsze mówiłam, że jedyne, czego chcę jeszcze doświadczyć przed śmiercią to macierzyństwo. Że jeśli urodzę dziecko, doświadczę tej miłości, to będę mogła umrzeć spełniona. Wybacz, ale myślałam wtedy głównie o sobie. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo zmienię się, kiedy się pojawisz. Dziś już wiem, że do pełni spokoju i szczęścia potrzebuję wprowadzenia Cię w dorosłość, w samodzielność.

Uwielbiam patrzeć, jak z dnia na dzień stajesz się coraz bardziej dorosła i samodzielna. Z jednej strony żal tego, co za nami, bo to już nie powróci, ale przecież tak wygląda życie. Więc napawam się tą niesamowitą energią, jakiej mi dodajesz każdego dnia. Każdym sukcesem i porażką, każdą chwilą.

Dziękuję, że mogę być Twoją mamą.