Miesiąc: Kwiecień 2016

Cicho sza…

Zamilkłam. Sama nie wiem, dlaczego. A może próbuję sobie wmówić, że nie wiem.

W temacie transferu wydarzyło się w sumie niewiele. Nadal karmię Małą, która nie należy do specjalnie zainteresowanych poznawaniem nowych smaków, a stare nie przypadły jej szczególnie do gustu. Najbardziej lubi mleko. I chyba żyje miłością, bo mam wrażenie, że wszystkie urodzone po niej wcześniaki już dawno ją wyprzedziły wagowo. Taka nasza Mała jest mała – mieści się między 5 a 10 centylem. Uwielbia mleko i nie planuję jej go pozbawiać, chociaż pewne decyzje życiowe wkrótce ograniczą jej dostęp do mlecznego raju.

Karmię Małą, więc z transferu póki co rezygnujemy. Szykuje się mój wielki powrót do ukochanej roboty… Nie chcę tego, ale analiza budżetu mówi sama za siebie: nie mamy wyboru. Tak, jakby ktoś myślał, że na IVF decydują się tylko ci, co ich na to stać.

No i nasza sytuacja przed powrotem do pracy nie przedstawia się zbyt obiecująco. Mała jest na 600 miejscu na liście w kolejce do żłobka państwowego. Więc tak: nie załapiemy się na 500+, bo mamy jedno dziecko, Młoda nie dostanie się do państwowego żłobka, bo nie jestem samotnie wychowującą dziecko mamą, Mała nie ma rodzeństwa, nie mamy założonej Niebieskiej Karty, itd., itp. Więc co? Więc wrócę do pracy, choć będzie to średnio opłacalne, bo dużą część wypłaty przeznaczę na prywatny żłobek. Fajnie, nie? Wiem, że wiele osób tak ma, więc kończę już z narzekaniem. No ale szlag mnie trafia.

Ok., wyżaliłam się.

Pracę też średnio widzę. Moje znajome siedzą po godzinach. Ja nie mam tego w planach. Wracam na 7/8 etatu i ani chwili dłużej. Z drugiej strony nie chcę teraz szukać czegoś nowego. Nie w czasie, kiedy będę jeszcze karmić.

W związku też średnio. M. wpatrzony w biznesy i w Małą, na mnie już jakoś nie wystarcza mu siły. Zresztą ze mną jest podobnie. Jestem wpatrzona w Małą i w sklep, na resztę nie mam energii. Efekt jest jednak taki, że oddaliliśmy się od siebie. Żyjemy zadaniowo. W kalendarzu mam zapisaną listę rzeczy do zrobienia w domu i w sklepie. Nie ma tam miejsca na np. wspólne obejrzenie filmu. Nasi rodzice mieszkają daleko, więc szansa na pomoc oczywiście jest, ale gdy już się pojawia, to wykorzystujemy ją na zakupy, albo na spotkanie z dostawcą. Dużo się tego zrobiło. I chyba ja się trochę zmieniłam. Nie walczę już o swoje. Nie proszę, żeby wykazał trochę inicjatywy, zaproponował wyjazd we trójkę, wyjście do zoo, gdziekolwiek. W zasadzie czuję się, jak średnio ogarniający organizator życia rodzinnego. Tylko, że już mi się nie chce. Bardzo dużo rozmawiamy o bieżących sprawach, o sklepie, ale nie ma już bliskości. Jest partnerstwo, a raczej instytucja.  Nie wiem, jak będzie później, ale na razie czuję duży dystans do M. Taki chociażby fizyczny.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie wróciłabym za nic do stanu sprzed porodu. A. jest największym darem, jaki otrzymaliśmy od życia. Po prostu mam kryzys w związku. Skomplikowany o tyle, że tylko ja go odczuwam.

Ale żeby nie było tak ponuro, to wczoraj po tym, jak przeszukiwałam internet w celu zakupu roweru, przyśniła mi jazda rowerem. Taka cudowna z wiatrem we włosach i oddychaniem pełną piersią. I zgadnijcie, co się stało :). Mogłam dziś tego doświadczyć. Kupiłam rower i jego poprzedni właściciel przekonał mnie, że przejechanie połowy Warszawy rowerem, nawet po kilkuletniej przerwie, to nic trudnego. A na pewno łatwiejszego niż upchnięcie roweru do bagażnika samochodowego. M. zapakował więc Małą do samochodu, a ja wróciłam do domu na dwóch kółkach. Było ciężko, ale też cudownie. Jechałam przez Wilanów, Mokotów,  Ochotę, Wolę – prawie 20 km. Mogłam poczuć miasto, pobyć z nim zupełnie sama, odetchnąć. Było lepiej niż we śnie.

I jeszcze jedna optymistyczna wiadomość. Moja znajoma lecząca niepłodność od kilku ładnych lat (poznałyśmy się kiedyś w szpitalu podczas badań) jest w ciąży. Wierzę, że tak już zostanie przez 9 miesięcy.

Chaotyczny ten wpis, wybaczcie.

Postaram się wpadać tutaj częściej w najbliższym czasie.

Trzymajcie się Kobietki.

 

 

 

Reklamy