Miesiąc: Maj 2015

Gdy dzieci rodzą się koszmarnie chore i połamane – krótki komentarz niepłodnej

Od czasu ostatnich wyborów przypomniało mi się, że kiedyś interesowałam się odrobinę polityką. Nie to, żeby jakoś z zacięciem, skupiałam się raczej na kampaniach wyborczych i mechanizmach w nich wykorzystywanych. Żeby nie było zbyt poważnie zerkałam sobie czasem na Szkło Kontaktowe. Tak się też stało w ostatnich dniach. Bodajże w środę  zachciało mi się politycznej rozrywki, siadłam przed telewizorem i… Jakież było moje zaskoczenie, gdy usłyszałam fragment wypowiedzi pana Jerzego Zelnika na temat in vitro. Zatkało mnie. Skomentowałam sprawę w kilku soczystych słowach mojemu M., ale to nie wystarczyło. Postanowiłam podzielić się z Wami moim oburzeniem.

Zacznijmy od słów pana Zelnika: „To jest kwestia oszczędzania tych zarodków. Dla niektórych coś takiego małego to nie jest człowiek. Dla mnie to jest człowiek. A my traktujemy to jak jakiś śmieć. Rodzą się z tego in vitro liczne dzieciaki koszmarnie chore, połamane.”

Pierwszy podstawowy problem to taki, że za komentowanie kwestii medycznych biorą się ludzie nie mający pojęcia o niepłodności, jej złożoności zarówno na poziomie farmakologii jak i emocji towarzyszących chorym. Bo każdy, kto choć raz miał styczność z niepłodnością w ogóle wie, że pan Zelnik o temacie nie ma najmniejszego pojęcia. I brednie opowiada, za które później w obliczu linczu społecznego – przeprasza dodając znamienne i kluczowe słowo „czasem”. Więc mamy takie zdanie: „Rodzą się z tego in vitro czasem liczne dzieciaki koszmarnie chore, połamane”. Prawda, że „czasem” robi ogromną różnicę? A mnie się wydaje, choć specem w temacie statystyk nie jestem, że czasem rodzą się dzieci z wadami genetycznymi niezależnie od formy ich poczęcia.

Czy można powiedzieć o zarodku „coś”, „śmieć”? Czy pan Zelnik rozmawiał kiedykolwiek z kimś, kto z procedury IVF skorzystał? Czy wie, jak niepłodni do zarodków podchodzą? Wiem, jak podchodzę ja, mój mąż, inni niepłodni, których poznałam oraz bliscy osób zmagających się z niepłodnością. Zarodek jest życiem, szanujemy to życie. Jak? Proponuję poczytać blogi niepłodnych i skontaktować się z klinikami leczenia niepłodności. Nie wiem, czy wszędzie tak jest, ale wiem, że dla nas ważne jest, co się z naszymi zarodkami stanie.

Pozwolę sobie jeszcze odnieść się do znamiennych zaleceń aktora – doktora, w których na niepłodność radzi naprotechnologię porównując ją do leczenia ziołami i ogłaszając tę formę jako dłuższą, ale bardziej skuteczną niż in vitro, które aktor porównuje do antybiotyku.

Cóż, panie Jerzy, na grypę, złamania, nowotwory, zaburzenia psychiczne polecam ziółka. Pomogą na wszystko. A znam się na tym – jestem wszak niepłodną blogerką 😉

I jeszcze jedno zalecenie w kontekście niedomagania, którego pan Zelnik stał się ofiarą – milczenie jest złotem. Jakby zioła zawiodły, polecam trzymać się po prostu tej zasady.

P.S. Nasze dziecię ma się dobrze, waży już 2,7 kg i szykuje się na ten świat. Połamane, czy nie  – jest kochane przez swoich rodziców, którzy zdecydowali się na „antybiotykoterapię” i zrobią to ponownie niezależnie od tego, kto będzie wskazywał granice wolności w tym kraju.

Reklamy

Retrospekcje – transfer z 8 października 2014

Podobno wyglądam tak, jakbym miała za chwilę urodzić dynię. Na szczęście zdjęcia z USG pokazują coś całkiem innego. Córeczko, czekamy.

A dziś będzie temat, do którego przymierzałam się kilka ładnych miesięcy, a który został pominięty ze względu na ilość emocji, a później oczekiwanie na bety, przyrosty, wizyty serduszkowe, usg. Dziś czuję, że jestem gotowa o tym napisać, choć nadal nie jest to proste.

Wróćmy do dnia naszego transferu – 8 października 2014. Pisałam wtedy, że się odbył, choć nie było to wcale oczywiste.

Dlaczego? Tu już szczegółowo muszę powrócić do tamtego dnia. Na transfer jechaliśmy z lekką obawą, że coś może się nie powieść. Doktorek, jak zwykle rozkosznie. „-Jak się Pani czuje?” itp., itd. Do usg wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Czekało na nas 5 zarodków. Podczas badania zauważył jednak płyn w organizmie (niestety nie pamiętam już gdzie dokładnie, ale była to pierwsza oznaka hiperstymulacji). I tu się zaczęło: „-Jak bardzo nastawialiście się dziś na transfer?” Ścięło mnie z nóg „- Bardzo”. M. już mniej wyraźnie przytaknął. Zaczął dopytywać, co się może stać po transferze. A co może, to już Doktorek otwarcie powiedział. Hiperstymulacja ze wszystkimi objawami. M. się przestraszył, ja nie chciałam odpuścić, choć nie wiedziałam, jaki będzie tego efekt. Powiedziałam, że ryzykujemy. M. z mniejszym przekonaniem, ale się zgodził. Musieliśmy podpisać oświadczenie, że zostaliśmy poinformowani o ryzyku hiperstymulacji, ale mimo to decydujemy się na transfer. Po wyjściu z gabinetu czekaliśmy jeszcze sami przed „transferownią”. Nie kłóciliśmy się, ale atmosfera była gęsta. M. bał się o moje zdrowie, nie chciał ryzykować. Ja miałam w pamięci słowa Doktorka z czasu stymulacji, że teraz musimy spróbować zrobić transfer świeżego zarodka. Ostatecznie M. powiedział, że akceptuje moją decyzję (choć przyznaję, że wcale nie było mi łatwo – nie wiedziałam przecież, co będzie).

To, co stało się tuż przed zabiegiem chyba już znacie. Okazało się, że z pięciu zarodków tylko jeden ładnie się rozwija (ten który miał być transferowany), pozostałe albo już przestały, albo miały pozostać pod obserwacją. Doktorek chyba wyczuł napięcie i zostawił nas samych. M. powiedział, że w tej sytuacji nie ma już żadnych wątpliwości, że ryzykujemy. Było mi trochę łatwiej ze świadomością, że też chce spróbować. Transfer się odbył. Z jakim skutkiem wiecie doskonale.

Nie napisałam tego po to, żeby namawiać Was do ryzyka. Piszę to, żeby podzielić się z Wami naszymi trudności i wątpliwościami. Tym, że w sytuacji nieoczywistej człowiek z podjęciem decyzji zostaje sam. My zostaliśmy. Lekarz może poinformować tylko, jakie będą ewentualne powikłania. Pewnie boi się też wziąć odpowiedzialność za taką decyzję, bo przecież nie wiadomo, jak zachowa się organizm kobiety. A człowiek – nie specjalista – musi sam zdecydować, co zrobi.

Nie wiem, co by było gdybyśmy zdecydowali się na odstąpienie od transferu. Nie wiem też, co by było, gdyby transfer się nie udał. Może nie powiedzielibyśmy tego głośno, ale czuję, że mogłoby nastąpić w myślach wzajemne obwinianie siebie. Ja M., On mnie, w zależności od „naszej” decyzji.

Majowo i optymistycznie

Pamiętacie, jak po październikowym transferze odwiedził nas kolega z wiadomościami, na które nie byłam wtedy gotowa? Powiedzieliśmy mu wtedy, że czekamy na wynik transferu, ale nie byliśmy pozytywnie nastawieni. Kumpel stwierdził, że ma nadzieję, że tym razem nam się powiedzie i już wkrótce pojedziemy wspólnie z dzieciakami do Białogóry. Wydawało mi się to totalnie abstrakcyjne… Kilka dni temu na świat przyszedł jego synek 🙂 Oczywiście popłakałam się ze szczęścia. My czekamy na naszą Córcię z niecierpliwością. Jeszcze niecałe dwa miesiące, więc szansa na wspólne wyjazdy jest całkiem realna 🙂

Jakiś pozytywny ten początek maja – widziałam się z rodziną, zajęliśmy się balkonem, tj. kupiliśmy kwiaty, M. je zasadził. Zrobiło się wiosennie i rozkosznie.

Jakieś dwa lata temu uwielbialiśmy spędzać wieczory na balkonie – wino, dobre jedzenie, długie rozmowy, zupełnie nie przeszkadzały nam odgłosy miasta. Dopiero ostatnio uświadomiłam sobie, że rok temu nie korzystaliśmy z tej opcji. Tak, jakby ktoś zabrał nam energię, pozbawił życia. Oby ten czas już się skończył. Dziś wino zastąpimy dobrą herbatą, będziemy czekać na naszą Królewnę 🙂 Wcześniej jeszcze tylko wizyta u lekarza – mam nadzieję, że formalność.