Miesiąc: Kwiecień 2015

31 tc i 6 dni – Mała rośnie, a matce rośnie serce

No tak… Myślałam, że będę pisać częściej, a tu jakoś tak brakuje czasu. Trochę to zaskakujące biorąc pod uwagę moją przerwę w pracy, ale fakty, a w zasadzie wpisy mówią same za siebie.

Mała waży już 1,7 kg, tzn. tyle ważyła tydzień temu, więc dziś jest zapewne jeszcze więcej. Obecna waga i wymiary Małej wskazują, że termin porodu powinien nastąpić jednak 20.06 (dziesięć lat odkąd jesteśmy razem). I niezależnie od tego, czy to będzie 20, czy 26, to i tak spodziewamy się największego i najpiękniejszego prezentu na dziesięciolecie.

M. zauważa już pewne podobieństwo do mnie. Śmieje się, że to potwierdzenie, że Mała jest z mojej komórki jajowej, a co do plemnika dowiemy się wkrótce – wiem, czarne mamy poczucie humoru 😉

A ja opadam z sił. Ból pleców, spuchnięte kostki i stopy, nocne skurcze łydek, bolące nadgarstki i zgaga – uroki trzeciego trymestru – witajcie. Ale wszystkie trudności znikają, gdy czuję kopniaki Młodej, a M. z wypiętą klatą opowiada znajomym, że jest szczęśliwy, żałuje tylko, że musi wychodzić do pracy, gdy my zostajemy w domu.

Co więcej? Mamy już wózek i fotelik, przyszła też przesyłka dużej części wyprawki. Łóżeczko czeka jeszcze na złożenie, fotografka wpada za kilka dni na sesję ciążową. Nadrabiam też zaległości towarzyskie. Dni mijają spokojnie, ale intensywnie. W przyszłym tygodniu już nie mam wolnego popołudnia.

Na akwarium widać odbite dłonie dwuletniego synka kumpeli – pamiątka po wczorajszym spotkaniu ze znajomymi. Nie mogę się doczekać, kiedy to będą ślady naszej Córeczki.

Czasem, ale rzadko nachodzą mnie myśli o niepłodności. Jednego jestem pewna – oczekiwanie na Małą wyglądałoby zupełnie inaczej gdyby nie nasze doświadczenia. I czasem, gdy patrzymy na zdjęcie Małej pytam M., czy zdaje sobie sprawę, że nie byłoby jej, gdyby nie in vitro. Ciężko nam w to uwierzyć.

Dziecko rodzi się z miłości. Niezależnie od tego, czy w łóżku, w gabinecie doktorka, czy w Ośrodku Adopcyjnym.

A dziś od rana siedzi mi w głowie Grechuta.

I „Korowód”.

I jeszcze „Ocalić od zapomnienia”:

Dobrego dnia i weekendu.

Reklamy

Leci nam 29 tc – co słychać

Od wczoraj nie chodzę do pracy, więc jest szansa, ze będę bardziej aktywna.

U nas jeszcze dość intensywnie. Powoli przestawiam się na spokojniejszy tryb i mam nadzieję, że za kilka dni nawet mi się to uda.

Malowanie ścian zakończone, remont – w trakcie (bo trzeba jeszcze parę rzeczy dokupić, dopiąć, sprzątnąć). M. cały zeszły tydzień męczył się z szafą, ale stoi już gotowa i uśmiecha się do mnie przypominając, jakiego mam bohatera w domu 🙂

Wyprawka – w powijakach. Do niedzieli nie było praktycznie nic, ale w święta posegregowałam z Mamą sterty ciuchów po dzieciakach moich sióstr i zabrałam całkiem pokaźną ilość. Teraz będzie trzeba doprowadzić ciuszki do stanu używalności – poprać (uwielbiam), poprasować (chętnie komuś odstąpię tę żmudną i nudną czynność, od której robi się jeszcze bardziej gorąco niż w błogosławionym stanie ciążenia), poskładać (ujdzie).

Szkoła rodzenia – w trakcie. I dobrze, bo zaczynam bać się porodu, a lepiej wiedzieć, co człowieka czeka niż nie wiedzieć. I umieć sobie z tym radzić, a  przynajmniej próbować. Poza tym można dostać masę przydatnych informacji co do kompletowania wyprawki, pakowania torby do szpitala, spotkać się z położną, lekarzem, psychologiem, dietetykiem. Małżonek też żywo zainteresowany, bo będzie bardziej świadomy, na co się zdecydował. Polecam, zwłaszcza, że zajęcia są finansowane przez miasto.

Co więcej? Czytamy. Małej „Kłopoty rodu Pożyczalskich”, sobie „Wyspę Łzę” i „Kubusia Fatalistę i jego Pana”.

Mała ostatnio nie próżnuje – śle mi słodkie kopniaki, brzuch aż podskakuje, a mi się gęba cieszy. I zaczynam wierzyć, że naprawdę się udało. Aż mi głupio, jak sobie przypomnę, ile łez wylałam podczas ostatniego transferu – łez nad pozostałymi zarodkami, zapominając o naszej Małej Siłaczce, którą akurat transferował Doktorek. Wygrzebałam dziś jej pierwsze zdjęcie – Blastki z 08.10, z dnia, w którym ryczałam jak bóbr z żalu i bólu psychicznego, a powinnam była wyć co najwyżej z radości nad naszym Małym Dużym Cudem.