Miesiąc: Luty 2015

Informacja w sam raz na pierwszą rocznicę bloga

Rośnie nam Dziewczyna 🙂

Jestem szczęśliwa, przeszczęśliwa. Pewnie tak samo bym zareagowała na wieść o chłopcu, ale fajnie jest wiedzieć. Po prostu.

Co jeszcze? Powtórzę się – warto było. Dzięki in vitro zostaliśmy rodzicami.

Reklamy

Walentynki za nami…

I całe szczęście.

Bo choć bardzo chciałam świętować ten dzień, to na drodze pojawiło się kilka zawiłości.

Po pierwsze od tygodnia słyszałam od nikogo innego niż swego Walentego, że nie ma sensu obchodzić Walentynek, bo przecież zawsze unikaliśmy komercyjnej szopki. No ok, może unikaliśmy jak dostawałam kwiaty bez okazji, ale w zastanych okolicznościach byłoby miło. Kobieta dumną jest – „foch” – postanowiłam i zapomniałam o świętowaniu.

W sobotę trochę mi przeszło. Bo jak się tu złościć, kiedy w codzienności też jest fajnie. Masaż pleców, śniadanie, potem pomysł, żeby przy okazji odbierania wyników wstąpić na spacer po Żoliborzu. Why not?

Zasnęłam, ale obudził mnie głód 🙂  I nic nie zrobiłam sobie z komentarza M. , że ciąża to chyba jednak choroba po tym, jak usłyszał, że zjadłabym galaretkę z truskawkami i bitą śmietaną. „Człowieku, Ty się nie zastanawiał, czy to choroba, tylko wymyśl jak ją zdobyć!”

Zjadłam coś tam i odpuściłam. Zajęliśmy się nasłuchiwaniem odgłosów z brzucha. Tzn. M. słuchał i opowiadał, co słyszy. Do mnie docierało jakieś kumkanie Żaby – nie, nie uwierzę, że to żołądek 🙂

Ups… Pół godziny do zamknięcia przychodni. Czas wybiec z domu. Ja wystrojona (ok., bez przesady, ale w makijażu), bo spacer zaplanowany. Pierwsze skrzyżowanie – trach. Nasza złocista rakieta postanowiła nie świętować z nami Walentynek. Coś gruchnęło w środku i pojazd stanął na środku skrzyżowania. Co robić? Postanowiliśmy się rozdzielić – jak na Dzień Zakochanych przystało, nie? 20 minut do zamknięcia przychodni – ja nerwowo podreptałam na przystanek autobusowy, M. już zepchnięty na bok (nie ma to jak zwyczajna ludzka uprzejmość – i niech mi ktoś powie, że w Warszawie znieczulica jest.) załatwiał lawetę.

Do przychodni wpadłam o 14:28. Panie w rejestracji spojrzały na mnie jak na ducha (nie powiem, co mówił ich wzrok, żeby nie używać wulgaryzmów). Odebrałam wyniki i postanowiłam wstąpić na miejscowy bazar. Słońce przygrzewało, a na widoku leżały one… Truskawki. Wiem, że importowane i że nijak się mają do naszych rodzimych smaków, jednak klamka zapadła. Pominę cenę, bo była karygodna, ale kto kobiecie w ciąży zabroni?

Jak wróciłam z zakupów, M. stał jeszcze przy samochodzie. Poszliśmy po zakupy, kiedy zadzwonił kierowca lawety. Zostałam w domu. Zjadłam kanapkę z ogórkiem małosolnym (kolejny trafiony Walentynkowy zakup) i wzięłam się za gotowanie J Pomidorowa wstawiona, galaretka rozpuszczona… Postanowiłam wziąć się za mycie lodówki.

Jak kończyłam wpadł M. – bez samochodu, za to z pięknymi goździkami, o które trułam mu dupę od kilku dni.

Resztę wieczoru pominę, ale romantyczny nie był. Skupiliśmy się na ogarnianiu mieszkania, jedzeniu i planowaniu skręcenia szafki, które ostatecznie nie doszło do skutku, bo zasnęliśmy.

Jednak te przyjemne chwile wspólnego słuchania brzucha i czytania Żabie baśni Andersena przed zaśnięciem sprawiły, że dzień był wyjątkowy.

O chłodzącej się w lodówce galaretce z truskawkami nie będę wspominać 🙂

A na dobranoc, a raczej na start dnia  takie oto skecze Walentynkowo-ciążowe 🙂

Spokojna głowa

Chciałabym coś więcej napisać, ale w zasadzie wszystko cacy. Tzn. dzień w dzień cierpię na ból pleców, ale biorę na klatę tę  niedogodność. Zwłaszcza, że M. w ogóle nie narzeka na swą nową funkcję nadwornego masażysty.

I tak mija dzień za dniem. Jeszcze chodzę do pracy, jeszcze się spinam, ale powoli zaczynam sprzątać biurko, powoli porządkuję też w głowie temat chwilowej przerwy w zawodzie. W rozmyślaniach pomaga doskwierający kręgosłup.

Kilkanaście książek czeka już na komodzie, temat kursu szycia, remontu i wyprawki też zaczyna dochodzić do głosu. Ale wszystko za chwilę.

Jeszcze tylko kilka chwil spędzonych bez pośpiechu, rytualne wyjścia do kina w poniedziałki (bo po co przepłacać?), spotkania ze znajomymi, zasypanie o 21 (ale tylko po masażu) i błogi czas. Czas oczekiwania na nasze Dziecko.

Nigdy nie chciało mi się żyć bardziej niż teraz. Po czasie otępienia, zniechęcenia i izolacji zachowujemy się niemalże euforycznie, a ulubionym wspomnieniem przywoływanym o poranku jest wspomnienie telefonu do kliniki i komunikatu: „Beta 216”.

Dla tych wspomnień, dla tych chwil warto walczyć, cierpieć, płakać, szaleć. Dziś o niepłodności przypomina zbliżający się termin opłaty za mrożenie komórek jajowych (tak, to już prawie rok od pierwszej punkcji), Mrożaczek, który na nas czeka i te wszystkie emocje, które włączają się przy okazji myślenia o kolejnym transferze…

Wczoraj zaczęliśmy 20 tydzień ciąży. Połowa praktycznie za nami.