Miesiąc: Grudzień 2014

Siła w niepłodności

Nie, to nie jest tak, że ktoś uderza cię w głowę i zapadasz w niepamięć. Pamiętam, że Nasze Maleństwo powstało na szkiełku. Pamiętam, jak wyglądały nasze święta jeszcze rok temu. Było dużo łez, ucieczki przed dziećmi, były (choć to śmieszne) nieudane prezenty dla dzieciaków (bo ich kupowanie w ogóle nie sprawiało przyjemności).

Pamiętam dzielenie się opłatkiem z M., kiedy zamiast słów pojawiły się łzy i dotyk. Bolało, boli nadal. Bo choć te święta należały już do zupełnie innych, to w pamięci żywy jest obraz tego, czego doświadczyliśmy.

Myślę, że każde z kolejnych świąt mimo ich odmiennego charakteru będą nam przypominać o tych trudnych chwilach, o walce z niepłodnością.

W te święta zrozumieliśmy, że o niepłodności chcemy mówić głośno, że nie jest to tylko nasza sprawa. Nie wstydzimy się in vitro, nie boimy się, że ktoś powie pełen pogardy: „wasze dziecko jest z IVF”. Hmm, jeśli powie, to zaboli, ale też zweryfikuje relacje. Tego też mnie niepłodność nauczyła – żeby zaufać bliskim, bo mimo mojego wyobrażenia na temat ich poglądów warto dać sobie szansę na ich wsparcie. Pisałam tu kilka razy, że siostra mnie nie rozumiała – ale to była jedna, jedyna osoba, która nasze działanie skrytykowała (w dość nieumiejętny sposób swoją drogą).

Moi rodzice –  początkowo nie byłam pewna, czy mówić im o in vitro, bałam się oceniania (bo chodzą do kościoła, mają dość prawicowe poglądy) i co? I gdybym im nie powiedziała, odebrałabym sobie dużo wsparcia z ich strony. Głównie ze strony mamy, z którą na linii spędziłam przez ten czas kilkadziesiąt godzin, która płakała razem ze mną, pocieszała, dawała z siebie, ile mogła, a nawet jeszcze więcej. To ona oglądała program o in vitro, żeby dowiedzieć się o leczeniu niepłodności jak najwięcej, żeby zrozumieć przez co przechodzimy.

W ostatnie święta opowiedzieliśmy rodzicom krok po kroku, jak przebiegała cała procedura, o zamrożonych komórkach, o czekającym jeszcze na nas zarodku. Momentami było zabawnie: gdy mój tata zrozumiał, że nasze Dziecko jest z nasienia M., a nie dawcy 🙂

Podziękowałam im. Było to dla mnie bardzo trudne. Mój dom nigdy nie należał do szczególnie ciepłych. Miłość okazywało się głównie przygotowywaniem ulubionych potraw, oglądaniem wspólnie skoków narciarskich, czy usypaniem małej górki do zjeżdżania na nartach. Na słowa brakowało odwagi, albo umiejętności. Słowa raczej bolały. W relacji z rodzicami trwam w tym stanie do dziś – nie umiem mówić o emocjach w stosunku do nich, dlatego podziękowanie za coś niematerialnego było piekielnie trudne. Ale udało się. Podziękowałam im za to, że nigdy nie powiedzieli nic złego na temat naszego wyboru, że nie krytykowali, że byli. Usłyszałam: „No coś Ty, jakbyśmy mogli.”

Wiem, że może być różnie, że bliscy mogą reagować na przeróżne sposoby, ale każdy z nas wie najlepiej, czy łatwiej mu będzie przejść przez niepłodność samodzielnie, czy z kimś.

Początkowo M. nie chciał, żebym komukolwiek mówiła – nasza niepłodność, nasza sprawa. Nie dałam rady. Umówiliśmy się, że mamy prawo przeżywać ten czas tak, jak chcemy. On miał zrozumieć, że mówię tylko tym, do których mam zaufanie (fakt, trochę tych osób było), ja miałam zrozumieć, że On zamyka się w sobie, co nie znaczy, że nie czuje.

Dziś jest inaczej. Dziś jesteśmy na podobnym etapie. Rozmawiamy ze sobą, rozmawiamy z innymi. Siłę dało nam powodzenie procedury. Nie wiem, w jakim punkcie emocjonalnym bylibyśmy, gdybyśmy czekali na kolejny transfer lub punkcję.  Czy mielibyśmy tą siłę? Nie wiem, ale wiem, że ta siła wyrosła z niepłodności, z walki z nią, z nadziei.

I nawet, gdy wydaje się nam – niepłodnym, że brakuje nam sił, to one są, rosną w nas i pomagają przejść przez ten trudny czas.

Reklamy

Życzenia poświąteczne

Po świętach, ale przed Nowym Rokiem życzę Wam:

– wiary;

– nadziei;

– miłości;

– i wzruszeń ze szczęścia.

DSC_0324

Pan I. jak zwykle poluje na pierniki na choince.

P.S. Pod choinką znalazłam coś, co odebrało mi mowę – maszynę do szycia. Także szykuje się niezłe wyzwanie. Mam już listę rzeczy, które chciałabym uszyć, ale jak na kogoś, kto nigdy nie szył, nawet prostokątny kocyk będzie na początku problemem. Na szczęście mam jeszcze trochę czasu 🙂 A chodzi mi konkretnie o kocyk z materiału minky i bawełny, np. taki: http://domowa.tv/kocyk-minky-jak-zrobic/

Ciążowe smutki

Wczoraj płakałam, gdy oglądałam odcinek Przyjaciół, w którym Monica i Chandler dostali telefon z agencji adopcyjnej.

Dziś ( a właściwie wczoraj, bo jest 5:30 w sobotę) płakałam, gdy nie mogłam dopiąć koszuli na brzuchu. Spokojnie – ze szczęścia płakałam.

I tak sobie pochlipuję z radości, choć stres cały czas jest. Do tego biorę antybiotyk na zapalenie pęcherza, które do najprzyjemniejszych chorób nie należy.

Przeglądając szafę wpadła mi w ręce koszulka, w którą byłam ubrana w dniu punkcji (ech, ta kobieca pamięć emocjonalna). To była koszulka z fotografią Pana Kleksa – przekornie ją założyłam, żeby dodać sobie odwagi – nie wiem. W każdym razie czułam się w niej pewniej. W tej koszulce wróciłam do domu, przytuliłam się do M. i zaczęliśmy miłe popołudnie.  Gdy się zapadaliśmy w sobie powiedziałam, że cieszę się, że tak spędzamy ten dzień, że jest przepełniony naszą bliskością i miłością, bo być może jest to dzień, w którym zostało poczęte nasze dziecko. Dalszą historię już znacie.

Halo Para? Tu Magda

Od kilku dni jestem w domu. Zaczęło się w niedzielę późnym popołudniem. Już będąc na zakupach poczułam się dziwnie. Do tego stopnia, że przytaknęłam na propozycję M. żeby ominąć kilometrową kolejkę w aptece i skorzystać z kasy pierwszeństwa (choć nadal czuję się z tym jakoś dziwnie). Wieczorem utknęłam w toalecie z ciągłym naporem na pęcherz i bólem przy mikcji (piękne słowo :)). Ale pięknie nie było. Zasnęłam nie spodziewając się, że będzie to sen płytki i przerwany zupełnie nieoczekiwanie koniecznością kolejnej wizyty w toalecie. Krew na papierze nieźle mnie przestraszyła. Nie miałam pojęcia, o co chodzi. I wtedy pojawił się problem, bo do internisty po ostatniej „obsłudze” opryszczki nie chciałam iść („proszę zadzwonić do swojego ginekologa”), a mój gin. przyjmował w przychodni, do której chodzę, tylko w czwartki. Pomyślałam, że pojadę do przyszpitalnej, ale wolałam najpierw tam zadzwonić (co okazało się zupełnie niemożliwe). Zaczęłam szukać mojego lekarza w innych przychodniach – udało się. Już podczas wizyty powiedziałam, że długo zajęło mi odnalezienie go i, że bardzo się cieszę, że się udało. Najważniejsza informacja – Maleństwo bezpieczne, szyjka długa, a jeśli widziałam jakąś krew, to nie była ona z dróg rodnych. Do poczucia ulgi przyczynił się też podgląd naszego Młodego Człowieka. Uff. Druga sprawa – trzeba zbadać mocz. Dostałam dwie recepty – jedną, żeby podratować sytuację, a drugą na antybiotyk, gdyby się okazało, że wyniki wyszły kiepskie. No i wyszły – od dzisiejszego wieczoru jestem na Amotaxie (ten sam lek, co po punkcji, tyle, że w mniejszej dawce) i pokładam w nim ogromną nadzieję, bo ból faktycznie jest  momentami nie do zniesienia. Poza tym siedzę w domu. Oczywiście zastanawiałam się nad zwolnieniem, żeby nie obciążać zbyt współpracowników, ale szybko powróciły mi priorytety – „jesteś w ciąży głupia kobieto – robota bez ciebie nie zginie, a ty masz dbać o to Maleństwo, o które walczyliście” – takie moje rozmowy z samą sobą.

Siedzę, boję się, czy antybiotyk nie zaszkodzi naszemu Szkrabowi, ale czekam. Muszę zaufać lekarzowi. Dał nam kontakt do siebie – kolejne uff.

Chciałam tyle napisać, ale zawsze było coś – głównie praca, a po niej sen. Postaram się teraz nadrobić zaległości. Według niektórych źródeł jesteśmy już w drugim trymestrze – dziś mamy 12 tydzień i 6 dzień ciąży.

Nie śpię, więc piszę

Mało mnie u mnie. Nie piszę, nie komentuję, nie myślę. W sumie nie myślę, bo po pracy zasypiam (powiedzcie mi po jaką cholerę łażę do roboty?!). Z przygotowaniami do świąt jestem głęboko w próżni i nie zapowiada się, że będzie lepiej.

Niby wszystko ok. Jesteśmy w upragnionej ciąży. Ale jakoś jeszcze temu nie dowierzam. Chciałabym pobiec do lekarza, żeby zajrzał, czy wszystko u Maleństwa ok, lecz co dwa tygodnie chyba tego się nie robi. Więc czekam do kolejnej wizyty, w napięciu. Bo przecież jak już się przebudzę w nocy, to zjawiają się niepłodnościowe mary, które nie pozwalają zasnąć. Wtedy skrawek po skrawku przypominam sobie najpiękniejszy dzień naszego życia. Dzień, w którym beta po raz pierwszy nie była niższa niż zasrane 1,2. Uspokajam się, zasypiam. Tych dni jest wiele. Śni mi się, że tulę nasze Dziecko, przebieram je, widzę, jak śmieje się w głos. Nienawidzę, gdy dźwięk budzika wyrywa mnie z tego świata. Musimy jeszcze poczekać. Pełni nadziei, ale też obaw wracamy do codzienności. Chcę wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

Dzisiejszy brak snu to efekt burzliwych rozmów z siostrą. Zaczęło się od tematu prezentu dla rodziców, a skończyło na żywej dyskusji poglądowej. Tak, to ta siostra, co mi mówiła kiedyś, że IVF jest sztuczne i, że ona by nie mogła. Porównanie do seksmisji (?!) odpuszczę albo i nie. Jest we mnie dużo żalu. Żal dotyczy bliskich, którzy chcą decydować o tym, co jest grzechem, a co nie, co normą, a co nie. To ona mówiła dziś, że nie chciałaby, żeby jej dzieci żyły wśród gejów i lesbijek. Hmm – chodziłam do klubu dla homoseksualistów i to nie wpłynęło na moją seksualność. A nawet gdyby wpłynęło, to co? Czy to, że sypiałabym z Kasią, a nie z Krzysiem świadczyłoby o tym, że jestem złym albo dobrym człowiekiem? A gdyby jej dziecko okazało się homoseksualistą? – Modliłabym się za nie.

Mam dość szczelnie zamkniętych we własne przekonania ludzi – moralizatorów od siedmiu boleści. Boję się skrajności, boję się nacjonalizmu, boję się, że skrajność odbierze mi wolność. – Nie spodziewałam się tego po tobie. To pewnie przez Warszawę – ona cię zmieniła.

Miejsce, z którego pochodzę też jest zainfekowane innością. Tyle, że ta inność boli dotkniętych nią jeszcze bardziej. Izoluje jeszcze bardziej. Inny jest homoseksualizm, inne jest in vitro, ja jestem inna.

Jak to się stało, że mam siostrę, a różni nas wszystko? Co z rodzicami? Nie znam odpowiedzi.

Siedzę i rozmyślam nad tym, jakie warunki zapewnimy naszemu dziecku. Nie te materialne, a emocjonalne i wolnościowe. Zastanawiam się, jak wychować dziecko, żeby nie bało się żyć zgodnie z samym sobą jednocześnie nie przekraczając wolności innych. I czy jest to w Polsce w ogóle możliwe?

Takie oto rozmowy i przemyślenia wywołały u mnie nagłą bezsenność. A z siostrą postanowiłyśmy zakończyć dyskusję dość jasno – żadna nie przekona drugiej co do „poprawności” własnych poglądów, więc wróciłyśmy do tematu prezentu.

Teraz to już chyba pójdę spać.