Miesiąc: Listopad 2014

Wszystko dobrze

Jestem Wam winna przeprosiny za tą ciszę. Niestety wczorajsza wizyta przypadła na godziny wieczorne, po których po prostu padłam. A o dzisiejszym dniu chyba lepiej  w ogóle nie wspominać. Myślałam, że migrenowe bóle głowy w ciąży nie istnieją (przynajmniej nie powinny przy tak ograniczonym asortymencie dostępnych leków), ale mogę Wam to potwierdzić – są. I trzymają się cały dzień. Doprowadzają do wymiotów i niecenzuralnych słów rzucanych „w sufit”. Stąd ta cisza.

Napiszę krótko: wszystko dobrze. Maleństwo urosło do 2,17cm, serduszko bije. Moje wyniki poza dużym jajnikiem, którego mam skontrolować za dwa tygodnie i podwyższonym TSH, na które dostałam lek, w zasadzie w normie. Ulżyło nam po wizycie.

Poza czasowymi dolegliwościami mogę napisać śmiało, że przechodzimy najszczęśliwszy okres w naszym życiu. Oczywiście nadal pełni obaw, ale przede wszystkim nadziei od kilkunastu minut zaczęliśmy 10 tydzień ciąży.

Reklamy

Awantury rodzinne, czyli poradnik jak przetrwać ciążową burzę

Gdyby ktoś miał dostęp do takiego poradnika, to bardzo proszę o kontakt. Pilnie potrzebuję zasięgnąć lektury. Zanim się z M. nie pozabijamy i zanim nie dojdzie do rozwodu. Co prawda mój małżonek w pewnym momencie naszych kłótni, podczas których podnoszę głos bardziej niż zwykle i płaczę częściej niż dotychczas, wybucha śmiechem i mówi, że kobiety nieważne, czy w ciąży czy przed okresem są takie same. Głupie generalizowanie, ale fakt jest taki, że  nie panuję nad sobą. Widziałam gdzieś ostatnio koszulkę z takim napisem:

I can't

Nic dodać nic ująć.

P.S. Porady mile widziane 🙂

P.P.S. Jutro wizyta u Doktora.

O śmierci, wierze, tacie i mamie

Właśnie obejrzałam film „PS Kocham Cię”. To nie był dobry pomysł. Wyłam i nawet wdrapujący się na kolana kot nie przyniósł ukojenia.

Od zawsze miałam fioła na punkcie śmierci. Tego, że wszyscy umrzemy, że moi najbliżsi odejdą. Może to kwestia tego, że jestem w rodzinie najmłodsza. Powoli wykruszają się ludzie, których znałam i lubiłam. Pamiętam ich jako pełnych energii dorosłych, przyjeżdżających do nas na wakacje, żartujących, myślących. Dziś albo ich już nie ma albo otula ich ograniczająca skorupa starości. Być może są tymi samymi osobami, co kiedyś, ale fizjologia daje o sobie znać.

Boję się śmierci najbliższych: rodziców, M., przyjaciół, własnej też.

To pewnie kwestia niewiary. Tego, że gdzieś zgubiłam sens istnienia Boga. Nie wiem, czy jest życie po życiu. Ale przeraża mnie też to, że może już nic nie być.

Z drugiej strony jest Ono. Cud, który nas spotkał. Czy Bóg maczał w nim palce?

Mama mówi, że trzeba Mu dziękować, że dał nam dziecko. Czy dał? Jeśli patrzę na Boga w oderwaniu od Kościoła myślę, że tak. Ale ciężko mi myśleć o jednym w zupełnym oderwaniu od drugiego – nie tak mnie wychowano.

Jeśli wchodzisz na boisko musisz przyjąć zasady, jakie obowiązują w grze -tak mnie uczono. I tu pojawia się kłopot: Bóg – tak, Kościół – nie. Bo nie przyjęłam zasad. I nigdy, przenigdy nie będę żałować tego, że je odrzuciłam. Jedyne, czego żałuję to to, że Kościół ocenia i mówi językiem nienawiści do drugiego człowieka. To sprawia, że muszę szukać Boga poza wspólnotą, sama. Nie jest to łatwe, zwłaszcza gdy wiara była oparta na wspólnocie – tej, która zawiodła. A może nic nie dzieje się bez przyczyny? Może miałam dojrzeć do wiary innej, tej w Boga, a nie w instytucje? Może miałam nauczyć się modlić dojrzale? I co to znaczy?

Nie oceniam wiary innych. Skupiam się na swojej. Chciałabym, żeby inni też zajęli się sobą. Tyle o wierze – szukam.

Kilka dni temu zadzwonił Tata. Zaskoczył mnie, bo rzadko rozmawiamy. Głównie na żywo. Ogólnie nie jest wylewny, a przez telefon jeszcze mniej niż zwykle. I On – mój Tata zaczął pytać o Dziecko. Mówił, żebym pogłaskała po brzuchu Okruszka, bo przeczuwa, że to będzie mężczyzna. Zaczął opowiadać, że dziewczyny się co prawda łatwiej wychowuje (tia, ma ogromne porównanie – pisałam już, że miałam babiniec w domu?;)). Rozczulił mnie.

I po raz drugi odkąd dowiedziałam się, że spodziewamy się Dziecka poczułam, że jestem mamą.

Pierwszy był wtedy, gdy zobaczyłam malutki szybko pulsujący punkcik na monitorze w gabinecie lekarskim.

Serce bije szybciej i podwójnie :)

Jesteśmy po wizycie. Napiszę krótko – serce naszego dziewięciomilimetrowego Maleństwa bije z prędkością 141 uderzeń na minutę.

Nie płakałam w klinice, ale zrobiłam to tuż po wyjściu. Nagle strach gdzieś uciekł i pozostała tylko ogromna wiara, że to już, że tym razem się uda.

Termin porodu przewidziany na 26.06.2015, niemalże w dziesiątą rocznicę naszego bycia ze sobą. Jest cudownie.

Równowaga poszukiwana

Postanowiłam zafundować sobie dziś śniadanie w stylu wakacyjnym. Zainspirował mnie rogalik francuski, który został po wczorajszej wizycie przyjaciółki 🙂

Sok pomarańczowy, croissant i powidła truskawkowe. Miodzio. Nawet bardziej niż miodzio. Do tego wspomnienie śniadań spędzanych na kociej wyspie, takich z widokiem na morze. Cóż, dziś musiały wystarczyć mi obrazy w głowie i Pan I. wylegujący się na kanapie. Było pysznie, ale okupiłam te smaki kilkugodzinnymi mdłościami 🙂

Co więcej. Miał być wpis o M. O tym, jak to się zmobilizował do działania i po pracy funduje sobie kolejną robotę zapominając o ukochanej małżonce. Czy u mężczyzn mających zostać ojcami ciąża wyzwala skłonności organizatorskie?

O tym miało być, ale nie będzie. M. odnalazł równowagę, a może razem ją odnaleźliśmy. A w zasadzie dopiero ją odnajdujemy. I będziemy się miotać w jej odnajdywaniu pomiędzy szalejącymi hormonami, sennością, nudnościami a ojcowskim poczuciem obowiązku („bo kiedy, jak nie teraz?”). Może być gorąco.