Miesiąc: Październik 2014

22 dpt – po wizycie

Póki co wszystko w normie. Pęcherzyk ciążowy o prawidłowym kształcie i w odpowiednim miejscu był widoczny na USG. Na razie tyle musi nam wystarczyć.

Beta – hCG 10190 mIU/ml

Progesteron – 330 (nie kojarzę jednostek)

Z betą wyniknęła nawet zabawna (jak dla kogo) historia, bo lekarz przepisując do naszej karty wyniki z systemu wpisał początkowo 1019, a mi już się zrobiło gorąco… Zapytałam o wynik: „Oo, zapomniałem o zerze na końcu…”

Wypytywałam też, czy beta nie powinna być dziś większa, bo wg internetu miała przyrastać równo, a wcześniej wzrost był dużo bardziej widoczny. Nie – podobno wszystko w normie.

Plamienie faktycznie może się zdarzyć, ale dziś Doktor nie widział nic, co mogłoby go zaniepokoić. Na wszelki wypadek dostałam mniejszą dawkę Fraxiparine, ale do Lutinusu mogę spokojnie wrócić.

Lekarz zalecił umiarkowany optymizm. O optymizmie będziemy mogli mówić po wizycie serduszkowej, którą mamy zaplanowaną na 10.11. I znowu czekanie… Wraz z umiarkowanym optymizmem przesiadam się na umiarkowany tryb życia. A pracy mówię  tymczasowe „bye, bye”.

P.S. Zapytałam dziś czteroletnią siostrzenicę, co chciałaby dostać na urodziny. Wyobraźcie sobie, że sarenkę. W życiu bym nie wpadła, że czterolatka będzie miała tak sprecyzowane plany. Na pytanie, co by to mogło być, gdyby sarenki nie było, zgadnijcie, co usłyszałam? Sarenkę 🙂 To już sprawa honorowa.

Reklamy

21 dpt – boję się

Siedzę w domu. Wczoraj tuż przed spotkaniem zaskoczyła mnie sytuacja w toalecie. Zauważyłam minimalne co prawda, ale jednak plamienie. Wystraszyłam się jak jasna cholera, na spotkanie jednak poszłam. Oczywiście myślałam tylko o tym, żeby już się skończyło. Po nim szybki telefon do N. Mój Dr nie miał już miejsc na konsultację telefoniczną, ale zapisano mnie do innej Dr. Więc tak: mam odstawić Lutinus i przyjmować Luteinę podjęzykowo, Nospę nie objawowo, a po prostu 3 razy dziennie. Aa, i Dr zapytała, czy przyjmuję jakiś zestaw witaminowy z witaminą D, bo to bardzo ważne – nie przyjmuję, nikt mi nic o tym nie mówił… Kupiłam wczoraj, ale jakoś mam opory przed braniem tego bez konsultacji z moim Doktorem. Wczoraj wzięłam, dziś jeszcze nie.

Zapytałam też o leżenie. Podobno nie ma to znaczenia, ale w sumie może pomóc. Wizyta u lekarza bez zmian – w czwartek.

Zwolniłam się z pracy, wróciłam do domu. M. przyjechał od razu, jak tylko dowiedział się, co się stało.

Po południu po plamieniu nie było śladu, dziś też. Więc mam nadzieję, że jeszcze nic straconego, że to nie koniec naszych marzeń.

Ale bardzo się boję. I czekam na jutrzejszą wizytę.

Mało mnie tu

Wiem, tylko dowiedziałam się o pozytywnej becie i zniknęłam. Biorąc pod uwagę to, że przed wynikiem zalewałam blog wpisami, aż mi dziwnie z tym milczeniem.

Powodów jest kilka…

Po pierwsze, wróciłam do pracy. Początkowo było to bardzo trudne. Bolały mnie plecy i głowa, miałam mdłości. Później było już trochę lepiej, ale szczerze – dziwnie się czuję z pilnowaniem „zasad higieny pracy”. Bo jakoś tak nie mam ciśnienia, żeby zostawać po godzinach, staram się co godzinę robić sobie przerwę na herbatę, wyprostowanie się, rozmowę, a jak pojawia się opcja, że możemy wcześniej wyjść, to jestem pierwsza w blokach startowych. Mam wrażenie, że demotywuję zespół. Głupie, nie? 🙂 Tyle o pracy.

A po pracy… sen albo leniuchowanie. Teraz też już ziewam.

Poza tym zbyt wiele się nie dzieje. Stresuję się tym, że jeszcze wszystko może się okazać, ale nie umiem się nie cieszyć. Chciałabym, żeby ta chwila trwała wiecznie.

Z M. jest cudownie. Jakoś tak ciepło i blisko (mimo braku seksu :)).

I zostaje tylko ten niepokój związany z czwartkową wizytą u lekarza.

P.S. Dziś 18 dpt.

Beta – 12 dpt :)

Beta hCG 536,9 mlU/ml, progesteron w normie 🙂

Cieszę się.

Rozmawiałam dziś z naszym Doktorem. Przepisał Lutinus, powiedział, co jak mam dalej przyjmować, pytał o samopoczucie. A ja czuję, że unoszę się nad Ziemią.

Wracam do pracy. Zastanawiałam się nad tym dość długo, ale w domu sfiksuję na punkcie bety. Czy przyrasta? Co może się dziać? Znam swoje priorytety – jeśli tylko gorzej się poczuję, jeśli będzie w pracy skrajnie nerwowo – idę na zwolnienie.

Dziś wiem, że to słuszna decyzja. Wbrew pozorom – trochę się rozerwę.

Najbliższa wizyta u Doktora 30.10, a M. 27.10 ma urodziny. Obyśmy mogli cieszyć się najpiękniejszym prezentem urodzinowym pod Słońcem.

***************************************************************************************

Właśnie wyskoczył mi komunikat, że ten post jest setnym, który opublikowałam. Z okazji takiego święta wrzucam link do utworu, który części z Was na pewno nie jest obcy 🙂

A było to tak…

W piątek zasnęliśmy na kanapie, tak jak leżeliśmy – w ciuchach, brudni, wymęczeni emocjonalnie. Przebudziłam się około 4:00 nad ranem. Zajrzałam na ulubione blogi, potem na niezastąpione allegro, bo na wyłączenie dobrze obejrzeć sobie jakieś fajne buty… U mnie to działa.

Zasnęłam koło 6:00, żeby obudzić się o 7:30. I pierwsze rozczarowanie – badanie mogliśmy najwcześniej zrobić właśnie o tej porze, a my dopiero się zbieraliśmy.

Podczas szykowania mówiłam M., że przez ten ból brzucha zaczynam mieć nadzieję, Że bardzo się tego boję. Coś odpowiadał, że zobaczymy, jaki będzie wynik, ale jakoś nie za bardzo szło mi słuchanie…

Jeszcze kilka dni przed sobotą w cichych planach mieliśmy wyjazd za miasto. Tylko odbierzemy wyniki, tylko wybuchniemy płaczem, tylko zbierzemy najpotrzebniejsze rzeczy i wypad stąd. Ucieczka z tego zakichanego miejsca, ale decyzja miała zapaść dopiero po wynikach.

W klinice byliśmy gdzieś po  dziewiątej. Instynktownie zapisałam się od razu na konsultację telefoniczną do lekarza w okolicach odebrania wyników. Tak, żeby wiedzieć, które leki odstawić, co robić. Bardziej zakładając, że jednak się nie udało  (ech, ta asekuracja).

Szybkie kłucie i do domu… Na najdłuższe 2 h tego dnia. I mieliśmy zupełnie inny plan, jak sobie je wypełnić. M. zasiadł przed komputerem, ja zaczęłam się krzątać. Wstawiłam pranie, tak żeby skończyło się na 15 minut przed telefonem do kliniki. Zaczęliśmy pomału ogarniać nasze kąty. Opornie to szło.

11:19 – przerwałam rozwieszanie prania. Można już spróbować. Nigdy nie czułam takiego lęku wybierając numer do kliniki. Nigdy nie było we mnie tyle obaw i nadziei równocześnie.

Wszystko działo się w kuchni, M. stał oparty o meble, ja siedziałam.

„- Dzień dobry. Robiłam u Państwa dziś Betę HCG i chciałam odebrać wyniki.

– Jak się Pani nazywa?

(trzeźwo, Magda, trzeźwo – pomyślałam) – Tak i tak.

– Który jest pani dziś dzień po transferze?

– 10 (nie wiem, co jeszcze powiedziałam).

– Poproszę jeszcze Pani datę urodzenia – ton głosu w słuchawce wydał mi się spokojniejszy, podyktowałam szybko.

– A dlaczego zrobiła pani badanie tak wcześnie? Lekarz pani kazał? – tu już ton wydawał mi się bardzo optymistyczny.

– Tak, kazał – M. przysunął się do mnie, żeby słyszeć co mówi głos po drugiej stronie.

– Proszę pani, beta HCG wynosi 216, to wysoko, jak na 10 dpt.

– Słucham? Ile? Czy to oznacza?- wybełkotałam przez moje spazmy płaczu i śmiechu. Widok zaryczanego i uśmiechniętego M. nie pomagał.

– Aa, jestem umówiona na konsultację do Dr J. Czy będzie mogła mnie pani przełączyć?

– Tak, tak.

– A mogłaby pani powtórzyć wynik? 216?

– Tak, proszę sobie zapisać – 216.”

Pani przełączyła mnie od razu na konsultację. Nie muszę dodawać, że emocji było tyle, że ledwo rozmawiałam. M. pobiegł po coś do pisania i drążącą ręką notowałam, jak przyjmować leki.

Po rozmowie rzuciliśmy się sobie w ramiona – mogę śmiało tak to nazwać. I była to najcudowniejsza chwila w naszym dotychczasowym życiu.

Nie mieliśmy już potrzeby ucieczki.

Popołudnie minęło na telefonach do najbliższych zaangażowanych w sprawę. Poszliśmy na kolację. Było spokojnie i radośnie (a my z bananami na twarzach). Mówiliśmy o tym, jak chce nam się znowu żyć. Nie umiem chyba opisać wszystkich emocji – radości przeplatanej ze strachem.

Pierwsze demony przyszły w nocy. Bo przecież betę trzeba powtórzyć. Weszłam na Novumowy wątek na Naszym Bocianie i przejrzałam chyba 18 podstron (dopóki telefon mi nie padł) – patrzyłam, jakie bety miały dziewczyny, kiedy im rosły, kiedy zaczynały spadać – świr. Obudziłam M, żeby dowiedział się, jak bardzo się boję.

Rano było już lepiej. W Wysokich Obcasach przypadkiem trafiłam na rysunek Marty Frej: „Odkąd przestałam przejmować się sprawami, na które nie mam wpływu, mam wpływ na więcej rzeczy”. Cóż, przesłanie dnia.

Byliśmy dziś na spacerze. Jesienny Żoliborz zachwycił, jak zawsze. Wstąpiliśmy do księgarni i na obiad. Spędziliśmy trzy miłe godziny, ale już podczas powrotu zaczęła towarzyszyć mi senność. Jak stałam, tak padłam. M. też. Wreszcie udało nam się zasnąć spokojniej niż przez ostatnie tygodnie.

Jutro mam powtórzyć betę, zrobić badanie progesteronu i morfologię. Błagam, niech wszystko będzie dobrze.