Miesiąc: Wrzesień 2014

10 d.c. – 9 dzień stymulacji

Myślałam, że nie przeżyję dzisiejszego USG. Tak bardzo bolały mnie jajniki, że w zasadzie zarejestrowałam tylko, że pęcherzyków jest dużo. Przez zaciśnięte zęby modliłam się, żeby badanie się skończyło – zanim ucieknę z fotela ginekologicznego, zanim popłyną mi łzy, zanim zemdleję z bólu. Wstałam lekko oszołomiona. Bolała świadomość, że w środę kolejne USG, że będzie jeszcze bardziej boleśnie. Dostałam kolejną dawkę Menopuru i Cetrotide. Widzimy się za dwa dni. Punkcja w piątek albo w sobotę. Nie mogę się doczekać.

I mam takie marzenie  – niech dojrzałych komórek będzie sześć, a z nich niech powstanie sześć zarodków. Chętnie tę szóstkę wychowamy

M. mnie dziś zaskoczył. Powiedział, że kupił sobie coś (co – pozwólcie, że pominę :)) z myślą o tym, że przekaże to kiedyś synowi. Mój feministyczny umysł nie wytrzymał. Zapytałam o córkę. Stwierdził, że córce nie odda. Zestresowany jest – bredzi.

Reklamy

9 d.c. – wreszcie koniec weekendu

Wczorajsza wizyta przebiegła bez większych trudności. Są trzy duże pęcherzyki i kilkanaście małych… Tak, tak – punkcja znowu zapowiada się owocna.

Póki co dostałam jeszcze większą dawkę Menopuru, żeby  dojrzałych pęcherzyków było więcej.

Kolejna wizyta w poniedziałek.

W weekend czułam się fatalnie. Głowa bolała i chciało mi się rzygać. Psychicznie w związku z tym też nie było najlepiej.

W piątek oglądałam zdjęcia z imprez rodzinnych i zdałam sobie sprawę, że ich ostatnio unikam, np. nie pojechałam wczoraj na urodziny ojca. Oficjalna wersja jest taka, że musimy uważać na zdrowie przed punkcją, ale siebie ciężko oszukać – nie mam ochoty spędzać czasu z dziećmi, bawić się  z nimi, śmiać się. Dopiero w piątek to do mnie dotarło. I jestem na siebie wściekła, ale też wściekam się na bliskich za to, że mnie nie rozumieją, że nie chcą o niepłodności ze mną rozmawiać. Bo przecież chodzę, nic mnie nie boli, żyję. I niby nie chcę od nich niczego wymagać, ale to poczucie, że nie traktują niepłodności jak choroby mi przeszkadza. Brak empatii  mi przeszkadza.

M. mówi, że leki pewnie tak na mnie działają. Dziś też płakałam. Jak tylko moja głowa znajdzie wolną przestrzeń, to się rozklejam. Dlatego próbuję się czymś zająć, co udaje się z różnym skutkiem. W sumie cieszę się, że jutro idę do pracy.

W ramach „nie myślę, więc funkcjonuję” pojechaliśmy wczoraj do Ikei. Oczywiście musiałam łazić też po pokojach dziecięcych… O ilości spotkanych kobiet w ciąży nawet nie będę wspominać. Na pocieszenie M. złożył stół do kuchni i powiesiliśmy wreszcie na ścianie zdjęcia z Białogóry.

P.S. Jajniki dają już o sobie znać.

Jajka rosną, a ja szukam ucieczki

Jajka rosną. Kolejne leki trafiły do apteczki domowej – Cetrotide i kontynuacja Menopuru. Następna wizyta w sobotę.

A ja mam zły czas w pracy. Za dużo wszystkiego. Dodatkowo dziś o poranku dostałam (bezdotykowo) kilka razy z liścia w twarz od dawnej znajomej…

Spotkałam ją przypadkiem rano na stołówce w pracy. Zapytałam, co u niej, bo dawno jej nie widziałam. Opowiadała o swojej córeczce – lubię słuchać o dzieciach i o tym, jak komuś się układa. Ale w pewnym momencie zapytała, czy mam dziecko. Powiedziałam grzecznie, że nie. Ciągnęła dalej, czy nie chcemy jeszcze. Odparłam zgodnie z prawdą, że zobaczymy, jak będzie, ale chcemy. Ona na to, że oni z tym nie mieli problemu, że właściwie za pierwszym razem się udało. I sami byli w szoku. A ja stałam twardo i czułam, jak każdym słowem dostaję z liścia w twarz. Ona w ogóle nie miała świadomości, że mnie rani. Wysiadłam z windy, poczułam, że oczy mi się szklą. Pomyślałam, że jestem w pracy i  że to nie miejsce na ekshibicjonizm emocjonalny. Poszłam do pokoju, odpaliłam kompa, zajęłam się bieżącymi sprawami, a o sytuacji przypomniałam sobie dopiero teraz… I co tu zrobić, żeby nie bluzgać?

M. włączył właśnie na YT fragment koncertu Grzegorza Turnaua. Zrobiło się odrobinę lżej na duszy. Musimy gdzieś wyjść, oderwać się od całego miszmaszu.

5 d.c. – 4 dzień stymulacji

Do wczoraj właściwie było bez zastrzeżeń. Tzn. dzień zaczynaliśmy od zastrzyku, ale ogólnie bezobjawowo żyłam swoim życiem. Dziś jest trochę inaczej. Po pierwsze obudziła mnie biegunka. Po drugie w pracy poczułam  mdłości. I nie wiem, czy jest to jakiś cholerny wirus, czy objawy stymulacji. Zobaczę, jak będzie jutro. Oczywiście  brzuch spuchł do rozmiarów wczesnej (ale widocznej) ciąży.

Co kilka dni dostaję smsa od przyjaciółki z pytaniem, czy jajka rosną. Rosną. Mam nadzieję 🙂

Jutro wizyta u doktorka.

2 d.c. – 1 dzień stymulacji

Samopoczucie, jak w tytule. Gorączki nie było, gardło nie bolało. Czułam delikatne drapanie przy przełykaniu śliny, ale gdyby ktoś mnie zapytał, czy jestem chora, odpowiedziałabym stanowcze – nie.

Więc zaczęliśmy. Po kolei:

Ustawiłam budzik tak, żeby ocenić swój stan zdrowia i ewentualnie przygotować zastrzyk. Byłam zestresowana. Komisyjnie stwierdziliśmy, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby przystąpić do stymulacji.

Najpierw zabawa z Menopurem. Bo trzeba go było rozpuścić już na wszystkie kolejne dni. Zamknęliśmy się na tę okoliczność w pokoju. Kot darł się pod drzwiami, M. nerwowo próbował dostać się do medykamentów, a ja wybierałam już odpowiednią fałdkę na brzuchu (nie mniej nerwowo  zresztą). Tak, jakbyśmy w stymulacji nie mieli w ogóle doświadczenia.

M. zrobił wreszcie zastrzyk. I wtedy już sobie przypomniałam, że raz przez to przechodziliśmy. Poczułam znajome ciepło rozchodzące się w dole brzucha.

Zjadłam ciastko, pogadałam z M. o wszystkim i o niczym. Zjadłam drugie ciastko. Poszliśmy na śniadanie. Do śniadania był Encorton i Folik. Po śniadaniu pomyślałam, że napiszę ten wpis.

Ale cały czas towarzyszyła mi (i nadal towarzyszy) myśl, że wreszcie coś się dzieje. Że znowu mamy szansę.

Lubię to uczucie 🙂

A wieczorem finał Mistrzostw Świata w siatkówce mężczyzn. Zdaje się, że Polska drużyna już raz podczas tych mistrzostw wygrała z Brazylią, więc nie mam najmniejszych wątpliwości, kto zostanie mistrzem 🙂

Miłego dnia.