Miesiąc: Maj 2014

Ono

Po tym , jak M. zaskoczył mnie fajnym prezentem imieninowym, po tym, jak szefowa życzyła mi szczęścia na wszystkich płaszczyznach życia dodając, że wiem, o co chodzi, po tym, jak zjedliśmy z M. smaczny obiad w knajpie i po tym, jak wszyscy życzyli mi spełnienia największego marzenia – zaległam przed komputerem i obejrzałam filmiki o adopcji zamieszczone przez Allę na jej blogu. Nie muszę dodawać, że się poryczałam… Bo moment spotkania z dzieckiem wydaje mi się największym pragnieniem i zarazem największym cudem, jakiego chciałabym doświadczyć. Nie wszyscy tak myślą. Dla niektórych jest to wpadka, dla innych oczywistość, a dla nas, niepłodnych, cud.

M. podkreślił dziś jedną rzecz, o której już zresztą kiedyś wspominałam – w zasadzie nic nam nie doskwiera. Można powiedzieć, że mamy wszystko (myślę tu o ogólnym spokoju i zadowoleniu ze związku), a do pełni szczęścia brakuje nam tylko (chciałam powiedzieć – aż) dziecka. I że są to pierwsze tak trudne doświadczenia, jakie nas spotkały. Uczymy się z nimi żyć, oswajamy je w sobie, one zawładnęły naszymi umysłami i nie chcą odejść. One nie odejdą dopóki nie pojawi się Ono. Czekamy.

Reklamy

Już jest lepiej

Po burzliwym popołudniu (gdzieś te emocje musiały ulecieć) mogę powiedzieć, że jest lepiej.

Podjęliśmy już w zasadzie decyzję, że w tym cyklu nie podchodzimy do kriotransferu. Po pierwsze dlatego, że nie czuję się na siłach. Po drugie – moja kumpela z pracy ma w tym czasie zaplanowany urlop, a ja chciałabym mieć chociaż poczucie, że w razie czego mogę iść na zwolnienie.

Klamka zapadła – odpuszczamy. Pewnie wyjedziemy na tydzień, żeby odciąć się na chwilę od problemów. Żeby spojrzeć świeżym okiem na sytuację. Żeby nabrać nadziei. Jeszcze nie wiem.

Na pewno muszę coś ze sobą zrobić, bo dzieją się dziwne rzeczy. A ich objawem jest zapadanie się w sobie i szukanie małych przyjemności. Niestety głównie odnajduję je ostatnio w jedzeniu. Wygląda to tak, że rośnie mi brzuch (i to nie z powodu ciąży, jak wiadomo).

Jeszcze przed punkcją ćwiczyłam i pilnowałam posiłków, ale później odpuściłam temat tłumacząc się sama przed sobą, że przecież tyle teraz znoszę, że muszę sobie jakoś umilić podłą procedurę.

Pofolgowałam sobie i szczerze mówiąc potrzebuję motywacji, żeby coś zmienić. Czuję, że powinnam to też zrobić z uwagi na planowanie potomstwa.

Tylko jak się zabrać?

Kiedyś prowadziłam zeszyt z planem posiłków i równolegle z ich realizacją. Sprawdzał się nawet. Jak go prowadziłam, to miałam unaocznione własne błędy żywieniowe. Chyba do niego wrócę

Ok, zaczynam od zaraz. Nie mam na co czekać. Po pierwsze nie zjem dziś już nic.

 

Niepłodność nie zje mnie i mojej psychiki. Ona jest i będzie i czas ją oswoić, żyć z nią i nie dać się jej zmanipulować. Taki mam pomysł na walkę z pogłębiającym się stanem odrętwienia.

 

Macie inne? Ciekawe, jak Wy sobie radzicie.

Na huśtawce

 Ten okres nie jest taki, jak zwykle. Za każdym razem, gdy idę do toalety i widzę krew zbiera mi się na płacz.

Na zewnątrz trzymam się idealnie (jak to ja), ale przychodzą takie chwile, gdy psychika siada. np. dzisiejszej nocy. Rozmawiałam z M. o kolejnym transferze. O tym, jak bardzo się boję. Został nam jeden Zarodek i myśl o nim daje mi nadzieję. Zauważyłam jednak, ze zastanawiam się nad odsunięciem w czasie kolejnego transferu. Bo jak się nie uda, to zostaniemy z niczym. Bo może moje ciało nie jest gotowe na przyjęcie Maleństwa, skoro się zbuntowało. Bo może lepiej zrobić serię dodatkowych badań zamiast wystawiać Kropkę na niebezpieczeństwo. I pierwszy raz pomyślałam, że w ciele innej kobiety nasz Zarodek mógł mieć szansę przeżyć… W głowie mi się już pieprzy, co zresztą M. podkreślił.

I znowu racjonalnie wiem, że plotę głupoty, bo przecież in vitro się udaje, tylko nie zawsze od razu, że wszystko wymaga czasu, ale emocjonalnie katuję się jakimiś dziwnymi wizjami.

Śnił mi się dziś nieznany dom z obcymi ludźmi, ale był tam też M. i moja Mama. W trakcie jedzenia posiłku wypadł mi ząb, a drugi się ruszał. Pilnowałam tego wypadniętego zęba, przyglądałam mu się, ale i tak zginął mi, na szczęście tylko na chwilę. Pobiegłam szukać łazienki. Krążyłam po obcych korytarzach zagadkowego domu, w którym było pełno pomieszczeń, dziwnych, ascetycznych, smutnych. Łazienkę chyba znalazłam, nie pamiętam.

Obudziłam się ze świadomością, że nie mam zęba. Oprzytomniałam, ale w tym samym momencie poczułam ogromny lęk przed własną podświadomością, przed sobą, przed światem.

Oczywiście sprawdziłam sennik internetowy… Nie wiem, czy miewam prorocze sny. Mam nadzieję, że nie. 

 

 

I znowu pierwszy dzień cyklu (podejście drugie)

Dziś pierwszy dzień cyklu.

Piszę tak, jakbym chciała kwestię ostatniego niepowodzenia włożyć do jakiejś szuflady, zamknąć na klucz i zapomnieć o tym, że ona w ogóle była.

A prawda jest taka, że cały czas zastanawiam się, co by było, gdyby się udało. Czy mogłam zrobić coś inaczej? Jak sobie  z tym poradzić, że się nie powiodło? Jak podchodzić z nadzieją do kolejnej próby?

 

Póki co przetwarzam w głowie, co dalej.

Podchodzimy do kolejnego transferu w najbliższym cyklu. Ale co, jeśli znowu się nie uda? Gdzie szukać przyczyny? Czy decydować się na wyjście z programu finansowanego przez MZ? Gdyby nie program nie musielibyśmy ograniczać się jeśli chodzi o ilość zarodków. Może więcej z nich by się podzieliło? Może nie bałabym się tak bardzo…

 

Mam już okres. Powinnam się cieszyć, że możemy odliczać dni do kolejnego transferu, ale nie daję rady. Znowu w jeden dzień przybyło mi kilka lat. Przy takiej intensyfikacji doświadczeń niedługo strzeli mi setka.

 Dobranoc wszystkim.