Miesiąc: Marzec 2014

gusła i guśliki

Jaki dziś dzień? Wtorek. Zagalopowałam się, codzienność wzięła górę.

Zanim jednak ktoś pomyśli, że wyparłam z umysłu temat niepłodności, dodam tylko, że w ubiegłym tygodniu wróżyłam sobie z obrączki ilość dzieci i ich płeć. Ktoś nie wierzy? Z obrączki na nitce odczytywałam przyszłość naszej rodziny – wielodzietnej, notabene. Za każdym razem (a trochę ich było, bo chciałam sprawę potwierdzić) wychodził mi chłopiec i dwie dziewczynki. No szok i radość! CHŁOPIEC I DWIE DZIEWCZYNKI!

Zachęcona stuprocentową skutecznością postanowiłam pójść o krok dalej i tak oto  zaczęłam wypytywać obrączkę o terminy – kiedy pierwsze dziecko, kiedy ostatnie. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie odstępy czasowe pomiędzy porodami. Czy na pewno matka natura (tak podła ostatnio) da mi możliwość urodzenia dziecka za siedemnaście lat? Ciekawe… A w zasadzie żałosne. Dopiero przy tej parszywej siedemnastce się ocknęłam. No bo, jak ja się, kurwa, zachowuję? Jak jakaś świruska, co to wierzy, że pseudowahadełko prawdę jej powie. Jak świruska, która tak bardzo chce mieć już dzieci, że chwyta się irracjonalnego.

Tak oto od dnia przebudzenia, a minął już prawie tydzień, nie uroniłam ani jednej łzy. Ani kropelki, ani ułamka sekundy z zasmarkanym nosem. Nie będę histeryczką. Chcę być matką, a matki nie mogą wierzyć w wahadła. Będę silną matką. Matką stąpającą po ziemi. Matką, wspierającą i szukającą wsparcia u innych, a nie uciekającą w „zapisany los”. Koniec.

M.

Reklamy

Wczorajszy dzień zadumy

Z tego wszystkiego zapomniałam napisać, że nasz trzeci Mały rozwijał się wolniej niż pozostałe i zamiast polecieć na narty z rodzeństwem został jeszcze pod obserwacją. Nie, nie brałam pod uwagę, że coś może być nie tak. Miałam już wizje dużej rodziny: ja, M. i upragniona Trójeczka (no i K.).

Znowu się pomyliłam. Znowu założyłam, że będzie idealnie. Że skoro tyle już przeszliśmy, to na pewno się uda. Wczorajszy telefon traktowałam pro forma, ale życie pokazało swoje szare oblicze (po raz kolejny).

Miałam więc wczoraj dzień żałoby. W pracy dotrwałam do końca, w drodze powrotnej obcy ludzie z dziećmi doprowadzali mnie do łez, a w domu poryczałam się już maksymalnie. Był to płacz za utraconym dzieckiem, za naszym Maleństwem.

I był krzyk bezsilności w stosunku do losu/Boga/jakiejś materii zarządzającej naszym życiem (niepotrzebne skreślić).

Moja wiara w powodzenie procedury upadła. Zaczęłam myśleć o tym, co jeśli się nie uda… Nic nie wymyśliłam.

Dziś był lepszy dzień – bezmyślny. Czasem takie są potrzebne, żeby nie zwariować.

M.

Transferu nie było

Nie pisałam, chciałam odetchnąć. Transferu nie było, choć mało brakowało… 

Popielec miał się kojarzyć z nadzieją, z ciążą, z radością. Nic z tego.

 

U Doktora wizyta przebiegła z pewną dozą humoru.

„- Zapraszam na badanie. Jak się Pani czuje?

– Dobrze. Nie wzięłam ani jednej no-spy od punkcji.

– Wszystko wygląda w porządku. Skąd jesteście? Z Warszawy?

-Tak.

– To możemy spróbować zrobić transfer. Chce Pani?

Trochę mnie zatkało, bo pytanie padło akurat, gdy ubierałam się po badaniu.

-Pewnie, że chcę.”

 

Poszliśmy na górę, do laboratorium. I tam okazało się, że jednak transfer się nie odbędzie. Bo co prawda Doktor Z. po Diphereline robi transfery i zdarza się, że się udaje, ale w naszym przypadku nie można ryzykować – Doktor liczy najbardziej na jeden zarodek. Bezpieczniej będzie poczekać. A czekać od odstawienia Diphereline i Dostinex trzeba będzie na pewno dwa cykle 😦

Pan Doktor ma w sobie coś z psychologa – powiedział, że jestem w świetnej formie i że za dwa miesiące na pewno będę w ciąży. Oby.

Na dwa miesiące nasze maleństwa poszły na narty. Szkoda… Z lekarzem się jednak nie dyskutuje. Lekarzowi się ufa (bo sami się nie wyleczymy).

 

Czasem wyłączamy myślenie o in vitro. Trochę z uwagi na powrót do pracy, trochę przez tematy rodzinne, które pojawiły się nieoczekiwanie pod koniec tygodnia.

Dziś chyba pierwszy raz po dłuższej przerwie odpoczęliśmy. Spacer zakończony wizytą w ulubionej knajpie i rozmowy o niczym istotnym. W planach może jakieś kino, może wyjazd na kilka dni. Wszystko, żeby trochę ochłonąć, żeby zająć się czymś innym niż intensywnym oczekiwaniem i myśleniem o transferze. Nie chcemy zwariować. Kaftan bezpieczeństwa czas zdjąć – wychodzimy do ludzi (przynajmniej taki jest zamiar).

 

Słów kilka na marginesie o moim samopoczuciu (fizycznym)

Doktor Z. zalecił przez sześć dni brać następujące leki:

Clexane;

Orgametril;

Esentiale Forte;

Dostinex.

Po lekach czuję się dobrze. Jedyne różnice jakie zauważam, to:

– cienie pod oczami (poranny makijaż trochę załatwia sprawę, ale po południu wyglądam już jak kuzynka Adamsów),

– senność (dość dokuczliwa, bo siadam i padam – zdarzyło mi się oprzeć o stół i przyciąć komara);

– apatia.

Poza tym dobrze jest.

M.

Jak dopadła nas niepłodność

Jutro sądny dzień (wiem, w ostatnim czasie takich wiele) – jedziemy na transfer/podpisanie umowy na mrożenie zarodków (w zależności od decyzji lekarza). Jutro wracam też do pracy. Wolałabym zostać jeszcze ten dzień w domu, żeby przygotować się psychicznie do wizyty, ale nie będę już nic zmieniać.

Zastanawiam się, jak to będzie. Chciałabym zaryzykować z transferem (nawet jeśli wiązałoby się to z przestymulowaniem), ale nie jestem specjalistą, muszę zaufać lekarzowi. Jutro wszystko będzie jasne. Właściwie od informacji dzieli nas już kilkanaście godzin.

Dziś przypominałam sobie, jak wyglądały początki naszych starań. Jak to się stało, że nie podchodziliśmy do inseminacji, tylko od razu zdecydowaliśmy się na in vitro…

Decyzję o dziecku podjęliśmy ponad 2 lata temu (podobno wcześnie jak na czasy, w których żyjemy i jak na rówieśników – nie mnie to oceniać – mieliśmy wtedy po 25 lat).

Po około 6 miesiącach starań postanowiłam zrobić kilka badań – w ten sposób trafiłam do przychodni endokrynologicznej na Karową – miałam nieregularne i bolesne cykle. Po kolejnych kilku miesiącach dostałam się na kompletne badania hormonalne do szpitala na Karową – wyniki wskazywały na PCOS i insulinooporność. Przepisano mi Glucophage, Bromergon i czas. Mieliśmy czekać, tzn. konsumować nasz związek jak dotychczas. Bez zmian. Odstawiłam leki – źle się po nich czułam. W międzyczasie prywatnie badałam cykle – bezowulacyjne, ale ginekolog wspominał też coraz częściej o sprawdzeniu nasienia. Pierwsze zrobiliśmy jakieś półtora roku temu. Wyniki nic nam nie mówiły, ale po wizycie u lekarza (jeszcze poza Novum) pierwszy raz poczuliśmy, że może być ciężko. Co prawda Doktor był bardzo delikatny, zaczął wizytę od stwierdzenia, że wyniki nie są najlepsze, a skończył na tym, że są słabe (nie lubię takiego rozdwojenia – A to A, Panie Doktorze, konkrety poproszę).

Zapisałam się do Doktora Z. na Karową – to on skierował mnie na badania, to on znał temat, jemu, mogę to chyba powiedzieć, ufałam. Pojechaliśmy do niego z M. i ta wizyta utwierdziła nas w przekonaniu, co musimy zrobić: „Proszę Państwa, możecie próbować poprawić parametry, możecie próbować inseminacji, ale przy tych wynikach to będzie strata i czasu, i pieniędzy”. No, no… W sumie tego chciałam – konkretów. Poryczałam się podczas wizyty, po wyjściu też wyłam. Wcześniej in vitro wydawało nam się ostatecznością, a dr Z. mówił o tej metodzie jako o jedynej. Musieliśmy się z tym oswoić… Chwilę to trwało.

Później pierwsza wizyta w Novum – wtedy myślałam, że jak ktoś pracuje w tej przychodni, to nie muszę sprawdzać już opinii na jego temat (człowiek uczy się całe życie). Kolejną wizytę zaplanowaliśmy bardziej świadomie. I tak trafiliśmy do Dr Z. Masa badań do zrobienia, niektóre podwójnie. Szczęśliwie nasze starania zbiegły się w czasie z wprowadzeniem w życie dofinansowania przez Ministerstwo Zdrowia IVF.

Jesteśmy przed transferem. Chciałabym wierzyć, że to już końcówka naszej drogi do rodzicielstwa.

M.

Są trzy :)

Odpoczywam, tzn. krzątam się po mieszkaniu, ale już spokojniej. Trzy maleństwa są z nami. Po 14 będę też dzwonić do Doktora Z. w sprawie transferu.

M. – to dzielny mężczyzna. Gdy mówię mu, że się boję, odpowiada, że On też. I nawet nie wie, jak mnie tym do siebie przekonuje. Jakie to dla mnie ważne, że nie zgrywa twardziela. Że jest w naszym oczekiwaniu prawdziwy.

Nie, nie zawsze tak było. Przeszliśmy swoje – głównie jego zamykanie się w sobie, moje płaczliwe wybuchy przerażenia, nasze kłótnie w drodze powrotnej z kliniki. Wtedy też się baliśmy, tyle że każde z nas z osobna. Obwinialiśmy się wzajemnie za brak wsparcia (nie ma to jak zrozumienie). Dziś dajemy sobie prawo do przeżywania choroby tak, jak nam z tym najlepiej. M. woli milczeć, ja płakać, ale żadne z nas nie boi się bardziej albo mniej, po prostu inaczej.

Podobno w 40% o niepłodności decyduje czynnik żeński, w 40% męski, a w 20% przyczyna leży po obu stronach. I choć wolałabym, żeby problemu nie było wcale, to myślę, że z punktu widzenia psychiki – lepiej, że znaleźliśmy się w grupie owych 20%. Nie, nie mam obaw, że mój M. odszedłby kiedyś mówiąc, że nie będzie ze mną szczęśliwy, bo nie dam mu dziecka. Wydaje mi się, że raczej sama bym się zadręczała i obwiniała, że pozbawiam go bycia ojcem. W emocjach mogłabym powiedzieć, że odchodzę dla jego dobra – dla dobra jego prokreacji. I choć nie wierzę, że pozwoliłby mi wtedy odejść, to mam wrażenie, że bycie w którejś z 40% obarczyłoby nas zbędnym myśleniem o winie.

A przecież niepłodność jest chorobą pary – już to chyba pisałam. I nie ma w chorobie winnego. Niezależnie od tego, gdzie leży przyczyna – leczenia wymaga para. Ta para, która się kocha i chce wspólnie doświadczyć rodzicielstwa.

Ckliwie się zrobiło. No to jedziemy z muzyką:

M.