Miesiąc: Luty 2014

Wtorkowy wieczór

Właściwie nie pamiętam już, który dziś dzień cyklu. Denerwuję się pęcherzykami. Tym, że rosną, jak oszalałe. Wczoraj Pani Doktor powiedziała, że w obecnym cyklu na pewno nie będzie transferu (za duże ryzyko przestymulowania). Punkcja może w piątek, ale okaże się jutro podczas wizyty (oczywiście wszystko pod warunkiem, że pęcherzyki nie popękają samoistnie do środy).

Czuję się jak napompowany balon. Jajniki dają o sobie znać często – przy siadaniu, wstawaniu, sikaniu, gwałtownych ruchach. Czuję swoją kobiecość, kobiecość przez małe „k”, kobiecość bez kobiecości.

Po wczorajszej wizycie pierwszy raz od tygodnia zaczęłam tracić siły. Było mi źle.

Nie ukrywam, że stresuję się też pracą, w której okazało się, że jestem niezastąpiona i wcześniejsze wyjście na badanie/urlop/zwolnienie muszę planować z wyprzedzeniem, bo inaczej firma padnie na pysk. Staram się od tego odciąć, ale to cholernie trudne słysząc codziennie pytania: „(…)ale na pewno cię nie będzie?” „A kiedy, do kiedy(…)?”, itp.

Czy kobieta może urodzić w tych czasach? Czy planowanie rodziny pracodawca musi traktować jak złamanie jednostronnej i dożywotniej umowy na bycie „nie matką”? Korporacja próbuje zabrać prawo do prywatności, do myślenia o sobie i swoim zdrowiu. Nie pozwolę na to, choćby skutki miały być opłakane. Dodam, że nie zmieniłam pracy miesiąc temu, że pracuję już kilka ładnych lat w jednym miejscu, jak trzeba, to zostaję po godzinach. Ktoś zauważył pewną nierównowagę? Bo ja tak.

Weekend też nie był najlepszy – osoba z bliskiego otoczenia poczęstowała mnie tekstem, że ona nie mogłaby podchodzić do in vitro, bo to takie sztuczne. No kurwa, jak grom ten komentarz na mnie spadł. Przyłożył wyczekiwanemu przez nas dziecku prosto w twarz za to, że zostanie poczęte w laboratorium, a nie w łóżku.  Że nie ziści się tam (w łóżku) wielka tajemnica stworzenia (po odstawieniu antykoncepcji).

Ogromna frustracja we mnie i żal narósł, ale oczywiście po czasie. Odpowiedziałam grzecznie, że nikomu nie życzę znalezienia się w naszej sytuacji, że nie jest to takie proste, jak jej się wydaje. Przytaknęła, ale nie zrozumiała.

Życie nas testuje. Nie ma co ściemniać, że będzie pięknie. Będzie, jak będzie.

Jutro kolejna wizyta u lekarza.

P.S.

Dziś i jutro biorę Cetrotide i Gonal F (dawki nie pamiętam, dopiszę, jak K. zejdzie mi z kolan). Z ciekawostek – musiałam przejść na dietę wątrobową (przed zabiegiem i w trosce o pęcherzyki).

M.

Reklamy

6 d.c. – monitoring pęcherzyków

Sprawdzaliśmy dziś, jak się mają pęcherzyki.

Zaczęło się od Gonalu około 3 rano, bo zastrzyk musieliśmy zrobić co najmniej na 4 godziny przed pobraniem krwi (morfologia, E2 i progesteron).

Jakaś godzina czekania na wyniki i wizyta u Pani Doktor (bardzo rzeczowej i miłej notabene).

Hormony rzekomo bdb. Nie wiedząc, co to znaczy ucieszyłam się bezwiednie, ale okazało się, że to aż za dobrze… Bo istnieje ryzyko przestymulowania (o zgrozo!). Pęcherzyków Pani S. naliczyła chyba z kilkadziesiąt, co oznacza, że jeśli w każdym będzie komórka jajowa, to zderzymy się z koniecznością podjęcia decyzji, co z nimi zrobić (w programie dofinansowywanym przez Ministerstwo można zapłodnić tylko 6 komórek jajowych). Pierwsze, co przychodzi w takiej chwili do głowy to to, że będziemy musieli je zamrozić. A komórki jajowe mrożą się dużo gorzej niż zarodki. Zobaczymy, co się okaże podczas punkcji.

Dostaliśmy też dodatkowe leki:

Cetrotide 0,25 mg – (od 6 d.c do 8 d.c.) – 390 zł;

Menopur 75 j.m. (x 2 od 7 d.c do 8 d.c.) – 186 zł.

W sumie przez 2 dni M. będzie mi robił po 3 iniekcje (!) – bo mam brać nadal Gonal F, tyle że w dawce 37,5 ml. Wcześniejsze leki bez zmian.

Panie w Laboratorium zrobiły mi zastrzyk z Cetrotidu. M. przyglądał się uważnie, żeby powtórzyć ćwiczenie jutro i w poniedziałek w domu. Po zastrzyku wyskoczyła mi swędząca pokrzywka, ale o tej ewentualności zostałam poinformowana (zniknęła gdzieś po 2-3 godzinach).

W poniedziałek kolejna wizyta. Wtedy najprawdopodobniej dowiemy się, kiedy będzie punkcja.

Nie czuję ekscytacji. Czuję niepokój.

M.

5 d.c.

Jestem monotematyczna. Dzień bez większych zmian – w miarę spokojnie w pracy i pełen relaks w domu.

Jutro idziemy do kliniki, sprawdzić, jak mają się moje jajniki i dorzucić kolejną porcję leków.

Dopiero dziś uświadomiłam sobie, że obawiam się urlopu naszego lekarza. Nie znam zupełnie tego, do którego wybieramy się jutro i w związku z tym w ogóle mu nie ufam. Gra toczy się o wiele – powikłania po przestymulowaniu mogą być naprawdę spore (internet to zbrodnicze narzędzie w rękach nieopanowanej istoty – dlaczego niby, pytam samą siebie, miałaby mnie przestymulować pani doktor zastępcza, a dlaczego mój lekarz nie?).

Przed stymulacją myślałam, że w jej trakcie włączy mi się w głowie tryb „dziecko”, ale póki co, jest dobrze. Czuję, że wreszcie coś robimy. Że po ponad 2 latach starań, badań, wizyt u lekarzy mamy konkret – in vitro to praktycznie jedyna droga do wyleczenia naszej niepłodności i właśnie zaczęliśmy terapię.

Brzmi to tak, jakbym wierzyła, że teraz już będzie z górki. To dlatego, że znamy przyczynę – nikt nam nie ściemni, że jesteśmy młodzi i mamy szansę na naturalne zapłodnienie. Wiemy, w którą stronę iść i póki co, jest to najważniejsze.

Odnośnie naturalnego zapłodnienia – zawsze bawią mnie komentarze o naszym wieku i możliwości naturalnego zajścia w ciążę (wypowiadane co prawda w dobrej wierze, ale w moim odczuciu bez przemyślenia), na które odpowiadam wprost – to, że nie zachodzimy w ciążę, nie znaczy, że zrezygnowaliśmy z seksu, więc szansa jest faktycznie zawsze 🙂

Tyle z dzisiejszych rozważań. Jutro zastrzyk około 3:30, bo na 7:30 musimy być na pobraniu krwi w Novum, potem lekarz. Po wizycie zobaczymy, ale powinnam stawić się w szkole na ostatnim już zjeździe.

M.

Cyklu ciąg dalszy…

Jak to u mnie zwykle bywa – życie przycisnęło, nie miałam ani czasu ani miejsca na pisanie dzień po dniu. Muszę nadrobić zaległości (dla siebie i ewentualnych zainteresowanych).

2 dzień cyklu (wtorek)

Wstaliśmy wcześniej niż zwykle, bo fabryka wzywała mnie już na 7:00…

Ogólnie zastrzyki można robić między 6:00 a 10:00. Ogarnęliśmy się szybko i około 6:00 zaczęliśmy iniekcję. Nie mogliśmy się do tego zabrać. Umówiliśmy się, że M. będzie mnie kłuł, ale jakoś przy nerwowym poranku wolałam spróbować sama. Bezskutecznie.  Moja głowa nie pozwoliła wbić sobie własnoręcznie nic ostrego w ciało (zryta czacha). Oddałam sprzęt M. i odwróciłam głowę (tak, jak robię zwykle przy pobieraniu krwi). Ukłucie delikatne, trochę rozlewającego się po ciele ciepła i dzień rozpoczęty.

Po zastrzyku szybkie śniadanie, Encorton i w drogę.

W pracy czułam się średnio, ale nie umierająco. Rozbolała mnie głowa, miałam uderzenia gorąca i zimna – w sumie, nie wiem, czy z wrażeń związanych z procedurą, czy z pracą (prawdopodobnie nałożyły się na siebie oba te tematy).

Po południu poszłam jednak zgolić włosy (choć głowę czułam nadal intensywnie), potem fuksem trafiliśmy na darmowy spektakl w teatrze (już tam czaszka puchła, brzuch bolał, a do gardła podchodził obiad), żeby w domu, po średnio zabawnej komedii obejrzanej w średnio sprzyjających okolicznościach przyrody, zakończyć długi i intensywny dzień w czułych objęciach klozetu (nie było to miłe doświadczenie).

Położyłam się i zasnęłam z nadzieją, że kolejny dzień będzie lepszy (zapominając tym samym o Foliku i Norprolacu).

3 dzień cyklu (środa)

Bez zbędnego rozpisywania się – zamknęłam oczy i M. zrobił, co trzeba. Głowa bolała w ciągu dnia, ale nie tak bardzo, jak poprzednio.

Jestem kobietą – dałam radę 🙂

4 dzień cyklu (czwartek)

Nie lubię zastrzyków, ale lubię dzieci. Dziś obyło się bez bólu głowy, za to było mi trochę niedobrze. Na wszelki wypadek, a w zasadzie z konieczności, od kilku dni unikam (czyt. nie mogę patrzeć) warzyw. Zdrowe żywienie nie jest teraz moją mocną stroną.

Swoją drogą, ciekawe, czy można ćwiczyć podczas stymulacji? Pewnie tak, ale nie wiem, czy intensywnie dałabym radę. Męczą mnie ostatnio 10 minutowe spacery z pętli do pracy.

M.

Pierwszy dzień cyklu

Nie miałam wcześniej czasu, żeby myśleć o starcie. Jutro rano pobudka i kłujemy…

Po kolei:

W środę byliśmy w Novum. Pech chciał, że nasz lekarz zaczyna urlop, kiedy my stymulację (a dokładnie podczas pierwszej wizyty kontrolnej przypadającej na 6 d.c. jego nie będzie). Zdecydowaliśmy jednak nie odkładać procedury o miesiąc, przecież zaraz wróci 🙂

Parę konkretów:

Od środy przyjmuję:

– Folik 1 x 1

– Norprolac ¼ x 1 wieczorem (W niedzielę zwiększyłam dawkę do ½ tabletki, bo lekarz chciał, żebym sprawdziła, jak się po nim czuję. Początkowo  proponował na prolaktynę Bromergon, ale już kiedyś miałam z nim do czynienia , ale wbrew wszelkim zasadom zdroworozsądkowego postępowania – samowolnie go odstawiłam).

Od jutra dorzucam do powyższego:

– Encorton 0,005 mg 1 rano – ½ w południe – 0 wieczorem

– Gonal F (125 ml) – rano (między 6 a 10) zastrzyk w brzuch

Póki co taki zestaw leków kosztował nas 1121 zł. Wiedzieliśmy, że tanio nie będzie. I tak jesteśmy w komfortowej sytuacji – dzięki dofinansowaniu do in vitro mogliśmy dużo wcześniej zacząć starania.

Ciekawi mnie, jak będę czuła się po zastrzykach. Zostało zaledwie kilka godzin.

P.S. Boję się zastrzyków…

Dorzucam jeszcze ceny leków:

Folik tabletki 0,4 mg 96 szt – 16 zł;

Encorton tabletki 5 mg 20 szt – 11,92 zł;

Norprolac tabletki 0,075 mg 30 szt – 145 zł;

Gonal F 900 j. n. – 948 zł.

M.