Życie lubi zaskakiwać

Zawsze tak myślałam, ale to co się stało, przerosło nasze najśmielsze myśli. Jestem w ciąży. Jak pisałam poprzedni wpis, to też już byłam. Cieszymy się bardzo. Chociaż cały czas nie wierzymy, że to się dzieje naprawdę. Chwilo trwaj :).

Kryzys (przynajmniej czasowo) zażegnany.

Sza cicho sza

Zniknęłam. Zaszyłam się w macierzyństwie, w pracy, w codzienności.

Chciałabym po takiej przerwie napisać coś więcej, ale nie wiem co. W głowie tysiące myśli, jeszcze więcej pytań. Jestem rodzicem, mamą. On jest rodzicem, tatą. Przestajemy być partnerami. Chyba nie tak to sobie wyobrażałam.

Nie, nie żałuję. Ba, czekamy na termin wizyty w klinice, żeby ustalić odebranie naszego Mrożaka.

Czy jestem pewna, że będziemy ze sobą do końca życia? Nie. Ale i tak podjęłabym tą samą decyzję. Bycie rodzicem to najlepsze, co mnie w życiu spotkało.  Choć płaczę pisząc to wszystko, musicie mi wierzyć – jestem szczęśliwa.

Pojawienie się dziecka, niezależnie od tego, czy z in vitro, czy bez, zmienia relację dwojga osób.

Może to tylko dłuższy kryzys, który minie, a może początek końca. Czas przyniesie rozwiązanie.

Jak tu pusto

Jak tu pusto. Nie widać i nie słychać mnie samej.

Krótki raport, co u nas.

A. ma już rok. Konkretnie rok i dwa i pół miesiąca. Czas płynie. Dopiero odkąd jest z nami poczułam wyraźnie, co oznacza przemijanie. Wizja upływu czasu towarzyszy mi non stop. Ale nie przeraża. Raczej przypomina, żeby chłonąć, czerpać garściami z życia, bo krótkie jest. Wpadłam w stan absolutnego zachwytu życiem. Fajnie. Czasem ciężko, ale fajnie (podziwiam rodziców bliźniąt, serio).

U nas zmiany, zmiany.

Pierwszą z nich jest fakt, że wróciłam do pracy. Małą w tym czasie opiekuje się tata. Ile ja się nasłuchałam życzliwych tekstów typu: „skoro możecie sobie na to pozwolić…”. Ja nie wiem, czy możemy, czy nie. Okaże się. W każdym razie postanowiliśmy spróbować. M. zachwycony czasem spędzanym z córką, ja trochę zazdrosna, gdy wychodząc z domu słyszę „papa” i trzask drzwi (zero lamentów, płaczu, utyskiwania). Oczywiście rozum bierze górę. Cieszę się, że M. opiekuje się Małą. Widzę, jaka relacja się między nimi tworzy. Miło na to patrzeć. Chociaż trochę żal, gdy Mała woli wieczorem zasypiać z tatą niż ze mną. No ale biorę to na klatę. I tak nie zastąpi jej matki :).

W pracy początkowo czułam kompletny bezsens. Teraz jest lepiej. Głównie z uwagi na ilość rzeczy do ogarnięcia.

Co więcej. Po cichu, powoli przygotowujemy się do crio. Jest szansa, że w najbliższym cyklu będziemy próbować. Podchodzę do tematu sceptycznie, bo i statystyka jest nieubłagana – transfer zarodka klasy 3CC daje szansę powodzenia na poziomie 10%-15%. I mało i dużo. Próbuję się nie nastawiać, ale przerabiałam już to kilka razy – wiem, że będzie podobnie. Jazda bez trzymanki – nie mogę się doczekać.

Z drugiej strony chcemy już wiedzieć. I zastanowić się, co dalej.

I stoję przed dylematem, co zrobić  z blogiem. Bo mało mnie tu, jak widać. Tematyka wciąż krąży w głowie, ale jednak czas skurczył się strasznie. I sama nie wiem. Dopóki nic nie wymyślę, to pewnie będzie sobie w sieci. Choć czasem mam obawy, że zostanę „namierzona” – wiem, brzmi strasznie. Jakbym podjęła się jakiegoś haniebnego czynu, a tak przecież nie jest. Ale mam kłopot, że ktoś skojarzy moją historię z tą z sieci, połączy fakty i przestanę być anonimowa. A chciałabym, bo to dość intymne pisać o sobie. No sama nie wiem.

 

Spóźniony Dzień Matki i Córki

Kilka (update: kilkanaście) dni temu pierwszy raz po drugiej stronie brzucha świętowałam dzień matki. Zaczęło się dość niefortunnie, bo Mała zaliczyła upadek i ryk był nie z tej ziemi. Na szczęście poza ogromnym siniakiem na czole nic się nie stało. Jak tylko A. się uspokoiła, M. wyszedł z nią na chwilę, żeby wrócić z bukietem kwiatów i laurką (z laurką zaliczył dzień wcześniej małą gafę, bo gdy wieczorem wróciłam do domu, to leżała na kanapie – biedak zapomniał schować w tym ferworze wieczornej opieki nad córcią). W każdym razie dostałam laurkę z odrysowaną rączką naszej córki (wierciła się, więc wyszły cztery palce). Później pojechaliśmy do naszych mam, gdzie było rodzinnie i szybko.

Ostatnio ciągle tak jest. Na dobrą sprawę nie miałam jeszcze szansy usiąść i pomyśleć o swojej nowej roli. Jak się z nią czuję, itp., itd. Hmm, tak, jakbym od zawsze nią była, tzn. mamą. Ok., zdarza mi się myśleć o tym, że mogłabym coś lepiej robić, bardziej się skupiać na zabawach, wymyślać różne rzeczy, ale na dobrą sprawę nie myślałam o tym, jaką matką jestem dla A.

Staram się być matką. Po prostu. To A. kiedyś opowie, jaką mamą dla niej byłam.

Kilka słów do A.

Córeczko,

Zdarza mi się przy Tobie płakać. Przyglądasz mi się wtedy uważnie, ale ze spokojem. Ty rozumiesz, gdy Ci opowiadam, że te łzy są łzami wzruszenia, a nie smutku, że płaczę, bo jestem bardzo szczęśliwa, że jesteś z nami. Ostatnio podczas czytania książek włączyłam w tle koncert Olafura Arnaldsa. Wsłuchiwałaś się w dźwięki intensywnie, a mi spłynęło kilka łez. Włączaliśmy z tatą ten koncert, gdy jeszcze byłaś w brzuchu, gdy na Ciebie czekaliśmy, później, gdy już się urodziłaś. Nasłuchiwałaś wtedy przytulona do mojej piersi, czasem zasypiając. A ja upajałam się tą niczym niezmąconą błogą chwilą.

Wiesz Kochana, kiedyś zawsze mówiłam, że jedyne, czego chcę jeszcze doświadczyć przed śmiercią to macierzyństwo. Że jeśli urodzę dziecko, doświadczę tej miłości, to będę mogła umrzeć spełniona. Wybacz, ale myślałam wtedy głównie o sobie. Nawet nie wiedziałam, jak bardzo zmienię się, kiedy się pojawisz. Dziś już wiem, że do pełni spokoju i szczęścia potrzebuję wprowadzenia Cię w dorosłość, w samodzielność.

Uwielbiam patrzeć, jak z dnia na dzień stajesz się coraz bardziej dorosła i samodzielna. Z jednej strony żal tego, co za nami, bo to już nie powróci, ale przecież tak wygląda życie. Więc napawam się tą niesamowitą energią, jakiej mi dodajesz każdego dnia. Każdym sukcesem i porażką, każdą chwilą.

Dziękuję, że mogę być Twoją mamą.

 

Cicho sza…

Zamilkłam. Sama nie wiem, dlaczego. A może próbuję sobie wmówić, że nie wiem.

W temacie transferu wydarzyło się w sumie niewiele. Nadal karmię Małą, która nie należy do specjalnie zainteresowanych poznawaniem nowych smaków, a stare nie przypadły jej szczególnie do gustu. Najbardziej lubi mleko. I chyba żyje miłością, bo mam wrażenie, że wszystkie urodzone po niej wcześniaki już dawno ją wyprzedziły wagowo. Taka nasza Mała jest mała – mieści się między 5 a 10 centylem. Uwielbia mleko i nie planuję jej go pozbawiać, chociaż pewne decyzje życiowe wkrótce ograniczą jej dostęp do mlecznego raju.

Karmię Małą, więc z transferu póki co rezygnujemy. Szykuje się mój wielki powrót do ukochanej roboty… Nie chcę tego, ale analiza budżetu mówi sama za siebie: nie mamy wyboru. Tak, jakby ktoś myślał, że na IVF decydują się tylko ci, co ich na to stać.

No i nasza sytuacja przed powrotem do pracy nie przedstawia się zbyt obiecująco. Mała jest na 600 miejscu na liście w kolejce do żłobka państwowego. Więc tak: nie załapiemy się na 500+, bo mamy jedno dziecko, Młoda nie dostanie się do państwowego żłobka, bo nie jestem samotnie wychowującą dziecko mamą, Mała nie ma rodzeństwa, nie mamy założonej Niebieskiej Karty, itd., itp. Więc co? Więc wrócę do pracy, choć będzie to średnio opłacalne, bo dużą część wypłaty przeznaczę na prywatny żłobek. Fajnie, nie? Wiem, że wiele osób tak ma, więc kończę już z narzekaniem. No ale szlag mnie trafia.

Ok., wyżaliłam się.

Pracę też średnio widzę. Moje znajome siedzą po godzinach. Ja nie mam tego w planach. Wracam na 7/8 etatu i ani chwili dłużej. Z drugiej strony nie chcę teraz szukać czegoś nowego. Nie w czasie, kiedy będę jeszcze karmić.

W związku też średnio. M. wpatrzony w biznesy i w Małą, na mnie już jakoś nie wystarcza mu siły. Zresztą ze mną jest podobnie. Jestem wpatrzona w Małą i w sklep, na resztę nie mam energii. Efekt jest jednak taki, że oddaliliśmy się od siebie. Żyjemy zadaniowo. W kalendarzu mam zapisaną listę rzeczy do zrobienia w domu i w sklepie. Nie ma tam miejsca na np. wspólne obejrzenie filmu. Nasi rodzice mieszkają daleko, więc szansa na pomoc oczywiście jest, ale gdy już się pojawia, to wykorzystujemy ją na zakupy, albo na spotkanie z dostawcą. Dużo się tego zrobiło. I chyba ja się trochę zmieniłam. Nie walczę już o swoje. Nie proszę, żeby wykazał trochę inicjatywy, zaproponował wyjazd we trójkę, wyjście do zoo, gdziekolwiek. W zasadzie czuję się, jak średnio ogarniający organizator życia rodzinnego. Tylko, że już mi się nie chce. Bardzo dużo rozmawiamy o bieżących sprawach, o sklepie, ale nie ma już bliskości. Jest partnerstwo, a raczej instytucja.  Nie wiem, jak będzie później, ale na razie czuję duży dystans do M. Taki chociażby fizyczny.

Nie zrozumcie mnie źle. Nie wróciłabym za nic do stanu sprzed porodu. A. jest największym darem, jaki otrzymaliśmy od życia. Po prostu mam kryzys w związku. Skomplikowany o tyle, że tylko ja go odczuwam.

Ale żeby nie było tak ponuro, to wczoraj po tym, jak przeszukiwałam internet w celu zakupu roweru, przyśniła mi jazda rowerem. Taka cudowna z wiatrem we włosach i oddychaniem pełną piersią. I zgadnijcie, co się stało :). Mogłam dziś tego doświadczyć. Kupiłam rower i jego poprzedni właściciel przekonał mnie, że przejechanie połowy Warszawy rowerem, nawet po kilkuletniej przerwie, to nic trudnego. A na pewno łatwiejszego niż upchnięcie roweru do bagażnika samochodowego. M. zapakował więc Małą do samochodu, a ja wróciłam do domu na dwóch kółkach. Było ciężko, ale też cudownie. Jechałam przez Wilanów, Mokotów,  Ochotę, Wolę – prawie 20 km. Mogłam poczuć miasto, pobyć z nim zupełnie sama, odetchnąć. Było lepiej niż we śnie.

I jeszcze jedna optymistyczna wiadomość. Moja znajoma lecząca niepłodność od kilku ładnych lat (poznałyśmy się kiedyś w szpitalu podczas badań) jest w ciąży. Wierzę, że tak już zostanie przez 9 miesięcy.

Chaotyczny ten wpis, wybaczcie.

Postaram się wpadać tutaj częściej w najbliższym czasie.

Trzymajcie się Kobietki.